wtorek, 27 stycznia 2026

ZORA WAMPIRZYCA N°29 - LIKANTROP

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie III n.02 - Licantropo

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 25 stycznia 1974

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Tomik, przy którym zadeklarowani miłośnicy wampirycznej blondynki mogą odetchnąć z ulgą. Choć przyjaciółki nadal są rozdzielone, zajmując dwa równoległe wątki bez punktów stycznych, tym razem dzielą miejsce w fabule mniej więcej po równo. Najpierw dowiemy się, co słychać u Zory. Pod koniec poprzedniego epizodu weszła ona w posiadanie walizki z kosztownościami, jednak próba jej otwarcia może skończyć się tragicznie ze względu na zabójczo skuteczny mechanizm zabezpieczający. Jakim sprytnym fortelem posłuży się bohaterka, aby bezpiecznie położyć rączkę na klejnotach, zapewniając sobie tym samym upragnioną finansową stabilność?

Chęć wzbogacenia się Zory, mimo że związana z pewnym ryzykiem, nie może równać się pod względem dramatyzmu z sytuacją, w jakiej znajduje się Frau Murder. Nic więc dziwnego, że to jej wątek zostaje zaznaczony w tytule. Pod względem likantropii można jednak poczuć niedosyt. O samym wilkołaku nie dowiadujemy się wiele więcej niż dotychczas. Jako istota kierująca się prymitywnym instynktem, prowadzi dość jednostajny żywot i nie nadaje się na partnera do konwersacji, o czym szybko przekonuje się będąca na jego łasce Frau. Sytuacja wampirzycy, którą los rzucił w jamę wilka, nie przedstawia się wesoło: jeśli nawet zdoła utrzymać dłużej zainteresowanie włochatego kochanka i nie zostać przezeń zjedzona, wkrótce zagrażać jej zacznie śmierć z nudów!

Raczej nieświadomie twórcy ujawnili fundamentalny problem związany z wilkołakami, które w swojej właściwej postaci są po prostu drapieżnymi zwierzętami i jako takie nie wydają się zanadto intrygujące. W horrorach błyszczą w sekwencjach dramatycznych, kiedy uganiają się za ludzkimi ofiarami i klimatycznie wyją do księżyca, ale są przy tym całkowicie pozbawione głębi. Twórcy zwykle rozwiązują ten problem, nakazując bestii co jakiś czas powracać do swej ludzkiej postaci. To dramat człowieka, niezdolnego do okiełznania zwierzęcej strony swojej natury, stanowi dramaturgiczny punkt ciężkości w likantropijnych opowieściach. Tymczasem osobnik, którego spotyka Frau, najwyraźniej już dawno pożegnał się ze swoją ludzką postacią, na dobre zamieniając w bezmyślnego zwierzaka. Nic dziwnego, że pomimo swojej imponującej fizyczności (o której było więcej w poprzednim epizodzie) nie może być materiałem na stałego partnera dla nowoczesnej dziewczyny!

LIKANTROPIJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Swoją drogą to przykre, że likantrop nie potrafił zainspirować nawet autora okładki, który zamiast odmalować włochatą bestię, postawił na... Petera Cushinga z filmu Opowieści z krypty (1972, reż. Freddie Francis). Wspaniała kreacja wielkiego aktora i perfekcyjny make-up, ale czy na pewno pasujący akurat do tego tomiku?

poniedziałek, 12 stycznia 2026

TERROR BLU. WYSPA BEZ IMIENIA

Tytuł oryginalny: Terror Blu

n.14 - L'isola senza nome

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: październik 1977

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Cyfrowa korekta skanu: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Kobiety z planety Zemhel, krążącej wokół Alfa Centauri, mają poważny problem z facetami. A konkretnie z ich brakiem! Od kiedy tajemnicza zaraza wybiła całą męską populację, zostały całkiem same. Szczęśliwie wysoki rozwój genetyki umożliwił przetrwanie gatunku, ale co innego sama egzystencja, a co innego budowanie zdrowej tkanki społecznej, opartej na związku kobiety i mężczyzny, wychowujących wspólnie potomstwo… No dobrze, trochę przesadziłem, implementując kosmitkom kultywowany na naszej planecie tradycyjny model społeczny. Nie wiadomo, w jaki sposób jest to u nich zorganizowane, być może rodzina jest tam przeżytkiem. Jak by nie było, mężczyzn im brakuje, tak że już na sam ich widok robi im się cieplej… na duszy! Wystarczy spojrzeć na okładkę.

Wyspa bez imienia była czternastą historią opublikowaną w ramach Terror Blu, serii łączącej motywy fantastyki naukowej z erotycznymi w nader zgrabny sposób. Na tym wczesnym etapie wydawnictwa głównego scenarzystę serii, Carmelo Gozzo, zdawała się frapować dynamika relacji damsko-męskich, najpełniej wyrażona w tytule kolejnego tomiku serii, Wojna płci (który notabene jakiś czas temu doczekał się polskiej translacji!). Formuła sci-fi pozwoliła na snucie hipotez, co by się stało, gdyby mężczyznom przytrafiło się coś niemiłego – na przykład totalne zdziczenie albo annihilacja – podczas gdy kobiety przejęłyby ster dowodzenia. Choć tarcia między płciami są stare jak świat, eksplozja takich wizji w kulturze popularnej niewątpliwie spowodowana była coraz większą obecnością kobiet w sferze publicznej oraz wzmożoną aktywnością feministek. Kulturowa rewolucja stawała się faktem i wielu zadawało sobie pytanie, czy nie dokona zbyt wielkiego spustoszenia, pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza.

Choć Włosi, mocno kultywujący model machismo, mieli szczególne powody do niepokoju, najlepsza satyra na wojujący feminizm, radykalnie przekształcający tkankę społeczną i odsyłający mężczyzn do lamusa, pojawiła się nie u nich, lecz u nas, pod postacią Seksmisji (1984). Porównując kultową polską komedię z Wyspą bez imienia, warto zwrócić uwagę, jak przez dzielące te dwa dzieła sześć lat zradykalizowała się wizja odizolowanej żeńskiej społeczności. Kosmiczne dziewczyny u Gozzo nadal pragną kontaktu z płcią przeciwną, a nawet o niej fantazjują (okładka!), natomiast praktyka sztucznego zapłodnienia jest dla nich smutną koniecznością, z której chętnie zrezygnują na rzecz naturalnych metod reprodukcji. Jaki kontrast z funkcjonariuszkami Ligii Kobiet u Machulskiego, dążących do całkowitego wyrugowania popędu seksualnego, zaś mężczyzn uznających za przyczynę całego zła świata. Kto by pomyślał, że polska komedia, oglądana przez rodziny w okresie okołoświątecznym, kreślić będzie bardziej ponurą wizję świata kobiet niż mistrz erotycznej makabry Carmelo Gozzo?

BEZIMIENNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, nadmienię tylko, że na drodze do międzyplanetarnej idylli żeńsko-męskiej stanie coś innego niż różnice kulturowe czy intelektualne. Nawet jeśli wykształconej elicie Zemhelianek mogłoby szybko zabraknąć tematów do rozmów z XIX-wiecznymi, zapewne niepiśmiennymi galernikami, prawdziwym problemem okazuje się rzecz bardziej prozaiczna, z którą nawet ziemskie pary nierzadko muszą się borykać…

niedziela, 30 listopada 2025

ZORDON N°08 - DZIECKO NAUKI

Tytuł oryginalny: Zordon

n.09 - Il figlio della scienza

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: sierpień 1975

Scenariusz: Ennio Missaglia

Grafika: Bruno Marraffa

Skan wydania włoskiego i francuskiej translacji:

Charles (VintageComix), AtomHic (BDtrash)

Cyfrowa rekonstrukcja: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja, dodatkowe czyszczenie i wklejanie tekstu:

Vallaor

Korekta: Aristejo

Możemy na dobre pożegnać się z Zordonem w jego „neonowej” postaci! W finale poprzedniego epizodu myśl stała się ciałem, zrodzonym przez Jane. Nie na zasadzie praktykowanego dotychczas opanowania umysłu, lecz pełnej integracji pozaziemskiej inteligencji z ludzkim ciałem. Nad wyraz elokwentny noworodek tłumaczy szczegóły tej transformacji swoim opiekunom, wprowadzając w swój plan jak najszybszego zintegrowania się ze społeczeństwem. Podczas gdy w zwykłych warunkach dojrzewanie zajmuje całe lata, kosmiczna technologia redukuje ten okres do kilku tygodni. W ten sposób szybko dochodzimy do etapu, który dla kosmity okaże się najbardziej interesujący – wieku nastoletniego, kiedy w młodym organizmie budzi się popęd płciowy. Jak niematerialna dotąd istota zareaguje na burzę hormonów, wobec której nawet gwiezdny intelekt wydaje się bezradny?

Wraz ze zmianą postaci kosmity następuje też zmiana konwencji. Dotychczas mieliśmy do czynienia z bytem opanowującym ludzkie umysły. Szczęśliwie Jane po ujawnieniu planu inwazji nie została uznana za opętaną przez siły nieczyste i oddana w ręce egzorcysty, a zaledwie osadzona w zakładzie dla obłąkanych. Tłumaczyć to może czas akcji, sam początek XIX wiek, kiedy wciąż żywa była myśl racjonalistyczna. Już niedługo później Romantycy na nowo zaczęli dopatrywać się we wszystkich niecodziennych przypadkach interwencji sił nadprzyrodzonych. Sam Zordon jako seria czerpie zdecydowanie z oświeceniowego ducha – wszystkie niezwykłe wydarzenia tłumaczą się działaniem wyrafinowanej technologii obcej cywilizacji. Anioł i demony pasowałyby do tego obrazka jak pięść do nosa.

Koncept pozaziemskiego bytu uczącego się funkcjonowania w ludzkim ciele stwarza zupełnie nowe możliwości, ochoczo eksplorowane przez twórców science-fiction, budujących dramatyczne kontrasty między nadnaturalnymi zdolnościami obcego a kruchością, emocjonalnością i nieprzewidywalnością cielesnej powłoki. W przypadku fumetti per adulti największy nacisk położony został rzecz jasna na kwestie erotyczne, zapewniający oczekiwane przez czytelników „momenty”. Nie da się zarazem zaprzeczyć, że z punktu widzenia istoty niematerialnej pierwszorzędnym zagadnieniem przy analizie Ziemian musiałoby być ich przemożne pragnienie cielesnej bliskości. Absolutnie logiczne jako proces przedłużania gatunku, a zarazem całkowicie nieracjonalne w swojej gwałtowności. O tych sprzecznościach Zordon przekona się wkrótce na własnej skórze!

NAUKOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Na okładce portugalskiej edycji bobas Zordon wchodzi w bardzo niebezpieczną interakcję z telepatką Mią. Nie da się ukryć, że noworodki potrafią doprowadzić opiekunów do histerii!

środa, 29 października 2025

LUCIFERA N°27 - ŁUCZNICY MIŁOŚCI

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.27 - Le arcere dell'amore

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: 23 listopad 1973

Scenariusz: Giorgio Cavedon

Grafika: Tito Marchioro i StudiOriga

Skan wydania francuskiego:

Gentil-Toto & Termineur (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Przekład z jęz. francuskiego i opracowanie graficzne:

Vallaor

Korekta: Aristejo

Nadeszły poważne zmiany w image’u Lucifery! Niedoszła kusicielka z piekła rodem w coraz większym stopniu staje się Lucyą, dziewczyną niewątpliwie dziarską i krzepką, pozbawioną jednak nadprzyrodzonych mocy. Co więcej, coraz bardziej dystansującą się od tego, czym niegdyś była. Niewątpliwie diablicą pozostaje w alkowie, gdzie nadal potrafi zaskoczyć Fausta umiejętnościami nabytymi przez stulecia praktyki. Jednak nawet tutaj odkrywa uczucia i emocje obce zimnokrwistym kreaturom otchłani, do jakich jeszcze niedawno się zaliczała. A co dopiero za dnia, gdzie byle śpiew słowika wprawia ją w tkliwość. Bohaterka, która dotychczas szokowała wyrachowanym okrucieństwem, teraz zdumiewa – również samą siebie – odkrywanymi pokładami wrażliwości, jakie (zdaniem autorów!) tkwią w sercu każdej kobiety.

Jest to przemiana zbyt radykalna, aby nie krył się w niej jakiś haczyk. Wątpliwe, by zrefromowana grzesznica, zalewająca się łzami na samą myśl o rozłące z ukochanym, cieszyła się u czytelników równą estymą, co Lucifera w stanie czystym - amoralna, bezwzględna, okrutna, cyniczna, wyrachowana (przymiotniki można mnożyć!), nie bez kozery zajmująca poczesne miejsce w panteonie „heroin zła” fumetti neri. Powrót na wąską i krętą ścieżkę występku wydaje się być kwestią czasu, nie sposób zarazem powiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach nastąpi. Póki co nie wydaje się, aby do znanego z karty tytułowej przydomku Lucyi, czyli „kochanicy demona”, dało się odnieść inaczej niż w czasie przeszłym.

Charakterologiczną niespodziankę szykuje nam też odwieczna rywalka Lucifery, piękna Małgorzata. Sfrustrowana bezczynnością w złotej klatce, w jakiej umieścił ją Arn, decyduje się wziąć czynny udział w akcji. Czyni to zgodnie z tradycją powieści przygodowej, gdzie aby przejąć aktywną rolę w męskim świecie, kobieta musi przebrać się w spodnie. Małgosia jako śliczny paź ma istotnie szansę zdziałać znacznie więcej niż białogłowa, lecz i w tym przebraniu nie ma pełnej gwarancji bezpieczeństwa. Również na chłopięce kształty znajdą się niecni amatorzy, czyhający na cnotę urodziwych i niewinnych giermków. Następuje tu wyraźna zmiana w portretowaniu homoseksualistów. Leone Frollo, rysownik ewidentnie kochający piękno we wszystkich odmianach i orientacjach, odmalowywał ich jako przystojnych młodzieńców. Tito Marchioro tymczasem ukazuje typy groteskowe, śmieszne i groźne zarazem w swojej fiksacji na punkcie męskich pośladków. Oto, jak zmiana rysownika pociąga za sobą zmianę optyki!

ŁUCZNICZE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Jakkolwiek byśmy nie spojrzeli, nie da się ukryć, że średniowieczna moda naprawdę robiła wszystko, by młody paź był obiektem estetycznego zachwytu zarówno u pań, jak i u panów. Te frędzelki, hafty, jedwabie, fantazyjne fryzury... Tylko cmokać z podziwu nad taką słodką laleczką, takim wdzięcznym pacholęciem! Doskonale ukazują to ilustracje Bogusława Orlińskiego do książeczki Anny Świrszczyńskiej pt. Paź królowej Barbary.

ZORA WAMPIRZYCA N°28

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie III n.01 - Carne umana

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 11 stycznia 1974

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Charles (VintageComix)

Cyfryzacja tomiku i rekonstrukcja okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Vallaor

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Nie wszystko, co smaczne, jest dla nas zdrowe! Od niektórych soczystych potraw można się pochorować, od innych tylko mocno przytyć, a jeszcze inne, choć bogate w proteiny, są wręcz naganne pod względem moralnym. Zarówno Zora, jak i Frau nieświadomie skosztowały potrawy z zakazanych składników, lecz tylko ta pierwsza wykazała wystarczająco dużo samodyscypliny, aby się w niej nie rozsmakować. Bardziej podatna na uleganie pierwotnym impulsom Frau takich oporów nie miała, popadła w uzależnienie, stające się przyczyną perypetii, wypełniających większość 28. tomiku.

Bodajże po raz pierwszy Frau Murder do tego stopnia przejmuje narrację do swojej złotowłosej przyjaciółki. Do tej emancypacji potrzeba było aż odrażającego nałogu, stanowiącego tabu nawet wśród wampirzyc. Sam akt kanibalizmu nie został jednak w warstwie wizualnej mocno wyeksponowany. Nie zdecydowano się uchylić rąbka tajemnicy i pokazać, w jaki sposób początkująca ludożerczyni radzi sobie z logistyką całego przedsięwzięcia. A przecież czymś innym jest wysysanie z ofiary krwi, a czym innym zamienienie jej na produkt zdatny do konsumpcji. Komiks, wzorem swej tytułowej protagonistki, woli odwrócić wzrok od całej tej kucharskiej babraniny. Dopiero fumetti neri z lat późniejszych zdecydowały się na detaliczne ukazanie podobnych praktyk, wywołując zresztą medialną burzę (vide wspominany już niegdyś, przedrukowany w Polsce z dziennika Corriere della Sera, artykuł pt. Komiks – wirus horroru wśród dzieci).

Pomimo tej oględności w prezentacji makabry tomik tradycyjnie doczekał się ocenzurowania we francuskiej reedycji. Wypadły przede wszystkim sekwencje nieco śmielsze obyczajowo, chociażby uwiedzenie strażnika przez uwięzioną Frau. W wydaniu znad Sekwany wystarczyło jej czule zagadać do strażnika, aby go przekabacić na swoja stronę. W oryginalnej wersji włoskiej musiała poprzeć swoje słowa namiętnym pocałunkiem. O dziwo późniejsze spotkanie z pewnym włochatym stworem zostało skrócone tylko odrobinę i to wcale nie o te "najgorętsze" momenty. Zniknęła plansza z komentarzem Frau odnośnie wartości odżywczych pewnej męskiej wydzieliny. Zapewne cenzorzy uznali, że osóbka o tak nietypowych kulinarnych upodobaniach nie powinna udzielać czytelnikom dietetycznych porad!

MIĘSISTE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Po prawej stronie wspomniana powyżej, wycięta z francuskiej edycji plansza, po lewej Zora czekająca na Orient Express. Oryginalny skan prezentowany jest nie bez przyczyny: jak widać, daleko mu do estetycznego ideału. Nie jest to bułka z masłem, a raczej kawał niedogotowanego mięsa, wymagający serii pracochłonnych zabiegów, by nadawał się do konsumpcji. Oto dlaczego konieczne jest niekiedy uzbrojenie się w cierpliwość pomiędzy premierami kolejnych tomików!

niedziela, 31 sierpnia 2025

ZORDON N°08 - RETROSPEKCJA

Tytuł oryginalny: Zordon

n.08 - Flashback

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: lipiec 1975

Scenariusz: Ennio Missaglia

Grafika: Bruno Marraffa

Skan wydania włoskiego i francuskiej translacji:

Charles (VintageComix), AtomHic (BDtrash)

Cyfrowa rekonstrukcja: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja, dodatkowe czyszczenie i wklejanie tekstu:

Vallaor

Korekta: Aristejo

Ósmy epizod Zordona, bodajże najbardziej zaskakujący z dotychczasowych! Sam tytułowy kosmita pojawia się tu zaledwie na jednej planszy – i to w formie zupełnie innej niż dotąd nam znana. Jego zaskakująca nieobecność pozostaje przez długi czas niewyjaśnioną tajemnicą, której jednak Jane, Mia i Dolfin nie mają okazji ani sposobności rozwikłać. Zbyt wiele energii pochłania im bowiem konfrontacja z przeciwnikiem, którego pochodzenie jest tym razem całkowicie ziemskie.

Powiedzieć, że cała trójka ma pełne ręce roboty, byłoby nieścisłością. Przez większość fabuły ich ręce – jak też i nogi – są skrępowane, a oni sami skazani na bezsilne oczekiwanie, co uczyni ich oprawca. Nie jest nim ani kosmita, ani wojownik z barbarzyńskich czasów, tylko ktoś z przeszłości samej Jane! W rozbudowanej retrospekcji, której sprzyja przymusowy bezruch bohaterów, dziewczyna odsłania fragment swojej młodości, znacznie bardziej burzliwej, niż wskazywało na to jej tak pruderyjne do niedawna zachowanie. Oszpecony psychopata, który zamienił niegdyś życie Jane w piekło, powrócił po latach, by dokończyć dzieło...

Z bestialską aktywnością owej nędznej kreatury łączy się drugi nietypowy element tomiku, czyli nie pozostawiająca niczego wyobraźni okładka, jedna z najbardziej szokujących w całej historii fumetti per adulti! Trudno powiedzieć, jakie reakcje wywołała, kiedy pojawiła się na stoiskach. Na pewno z jakiegoś powodu już nigdy później w Zordonie nie zdecydowano się na równie eksplicytną oprawę. Co innego w środku, gdzie jeszcze nie raz Bruno Maraffa odmaluje wydarzenia okrutne, lubieżne i krwawe! Błędem byłoby jednak uznać serię wyłącznie za zbiór "mocnych" atrakcji. Twórcy dokładają starań o skomplikowanie psychologii postaci, jak też relacji pomiędzy nimi. Jak bardzo są w stanie namieszać, świadczy już finał niniejszego epizodu!

RETROSPEKCYJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Edycja portugalska zastosowała odwrotną strategię niż Ediperiodici. Tytuł wyraźnie daje do zrozumienia, z jakim rodzajem amorów będziemy mieć do czynienia. Okładka jest natomiast znacznie bardziej subtelna, nasuwając skojarzenia z Dafne uciekającą przed Apollem. Choć może to tylko ja, na świeżo po Głowie Orfeusza, wszędzie dostrzegam mitologiczne inspiracje?

czwartek, 7 sierpnia 2025

ALDILA. GŁOWA ORFEUSZA

Tytuł oryginalny: Aldilà

nr 2 - La testa di Orfeo

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: lipiec 1979

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Leone Frollo

Okładka: Oliviero Berni

Skan wydania włoskiego: Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz: Cyfrowy Baron

Rekonstrukcja okładki: Old Man

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Przekład i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Być może to najbardziej nietypowy one-shot z dotychczas prezentowanych. I nie chodzi tu wyłącznie o poziom graficzny, choć równie starannie narysowane historie nie trafiały się w kieszonkowym formacie zbyt często. Takie nieoczekiwane perełki zawdzięczamy chociażby Roberto Ravioli (Sexy Favole) oraz innym ambitnym twórcom, którzy przykładali się do pracy niezależnie od wysokości honorarium i prestiżu wydawcy. Głowa Orfeusza wyszła spod pędzla Leone Frollo, który nawet w regularnych seriach nie szedł na skróty, ale to właśnie w „solówkach” pokazywał pełnię swojego stylu. Wcześniej mogliśmy podziwiać jego gotycki melodramat o nieszczęśliwej tancerce z Moulin Rouge, która na własnej skórze doświadcza niedoskonałości chirurgii plastycznej XIX wieku.

Wyjątkowość tego tomiku wynika tymczasem z czegoś innego niż graficzne mistrzostwo, którego odmówić mu nie sposób. Tym razem kluczowa okazuje się nieobecności elementu tak wszechobecnego w kieszonkowcach, że trudno sobie je bez niego wyobrazić. Nie pisząc wprost, podpowiem tylko, że większość publikacji spod szyldu Edifumetti opatrzona była znakiem „Vietato ai minori” (Zakaz dla nieletnich), podczas gdy Orfeusz miał na oryginalnej okładce informację zgoła inną: „Fumetto per tutti” (Komiks dla wszystkich). Ta zaskakująca klasyfikacja – biorąc pod uwagę profil wydawnictwa Renzo Barbieriego – objęła wszystkie 12 tomików serii Aldilà. Może to właśnie odmienna formuła sprawiła, że seria była tak krótka?

Aldilà miała charakter antologii, prezentując za każdym razem nową historię. Nie dysponując resztą odcinków, trudno stwierdzić, czy dorównywały one Orfeuszowi pod względem fabularnym. Można zgadywać, że pod względem graficznym poza Frollo najlepiej prezentował się tomik Giovanniego Romaniniego, pilnego ucznia Ravioli. Scenariusze miały przyciągać przede wszystkim atmosferą niesamowitości i odniesieniami do klasycznych motywów – niekoniecznie jednak z literatury grozy, czego najlepszym przykładem "mitologiczny" Orfeusz.

Miłośników grozy uspokajam: akurat jej nie zabraknie! Mit o artyście, który zstąpił do Hadesu, aby odzyskać ukochaną Eurydykę, stanowi zaledwie punkt wyjścia dla narracji o mrocznym rytuale przejścia, jaki odbywa poeta z końca XIX wieku. Młodzieniec pragnie dołączyć do elitarnego grona tych, którym dane było poznać wiedzę przekazaną przed tysiącami lat przez Orfeusza jego uczniom. Jak widać, obrzędy orfickie przetrwały przez stulecia, o czym rzecz jasna podręczniki milczą. Wiedza tajemna, pozwalająca przemieszczać się między życiem doczesnym a zaświatami (po włosku: Aldilà!), z definicji powinna pozostać domeną nielicznych. A nawet oni nie zawsze są świadomi, jaką cenę przyjdzie za ową wiedzę zapłacić!

ORFICKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Czy to aby przypadek, że akcja komiksu toczy się dokładnie rok przed powstaniem obrazu Nimfy odnajdujące głowę Orfeusza Johna Williama Waterhouse’a? Zarówno on, jak i inni Prerafaelici z pewnością nie odmówiliby zaproszenia do udziału w orfickich misteriach — choć trudno byłoby im zachować milczenie. Pokusa, by to wszystko uwiecznić na płótnie, okazałaby się zbyt silna!