Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TERROR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TERROR. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

TERROR SPECIAL. CIERNISTY KWIAT NIEŚMIERTELNOŚCI

Tytuł oryginalny: Terror Special

n.21 - Il fiore spinoso dell'immortalità

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1987

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Skan wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man, Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Vallaor

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Czas na epos nad eposami, najstarszy w historii ludzkości! Pod tajemniczym, „kwiecistym” tytułem Ciernisty kwiat... kryje się adaptacja słynnego Eposu o Gilgameszu. Komiksowy pierwowzór został spisany na tabliczkach w pierwszej połowie drugiego tysiąclecia przed naszą erą, choć powstał zapewne tysiąc lat wcześniej. To dzieło słynne, ale głównie z nazwy. Nawet na studiach humanistycznych unika się jego omawiania, zaczynając przygodę z literaturą dopiero od poematów homeryckich. Być może kultura, której wytworem były losy Gilgamesza, jest już tak odległa, że rzadko zalicza się ją do kanonu kultury europejskiej. A przecież śmiało można mówić o podwalinach, bez których nie byłoby późniejszych wielkich narracji z Iliadą i Odyseją na czele.

Wzięcie przez Carmelo Gozzo na warsztat takiego tekstu to znakomite posunięcie. Z jednej strony odbiorcy są ciekawi samej historii, choć nie na tyle, by sięgnąć po jej akademicki, "tabliczkowy" przekład, który dla masowego czytelnika jest za mało atrakcyjny. Z drugiej strony, nikła znajomość fabuły wśród odbiorców dawała twórcom ogromną swobodę i możliwość popuszczenia wodzy fantazji. Scenopisarze pozytywnie jednak zaskakują: zamiast wymyślać niestworzone historie, starają się wiernie trzymać oryginalnej narracji. Dodają jedynie obowiązkową dawkę pikanterii - na tyle dużą, że wydanie francuskie zostało odchudzone o ponad pięćdziesiąt zbyt odważnych plansz! Jednak nawet dosadne potraktowanie relacji damsko-męskich idealnie współgra z surowym charakterem opowieści o czasach, w których pojęcia kurtuazji i przyzwoitości dopiero się formowały.

Narracja Gozzo jest dynamiczna i potoczysta, zaś Francesco Blanc wyjątkowo przyłożył się do warstwy graficznej, co w jego przypadku jasno dowodzi prestiżu całego projektu. Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najlepszych odsłon linii Terror Special, której sama nazwa sugeruje jakość wyższą od standardowej. Jak widać, seria ta nie ograniczała się do klasycznego horroru, chętnie biorąc na warsztat również „krwiste” narracje historyczne.

Epickość w tym przypadku nie ograniczyła się niestety do samej opowieści. Spektakularnym wyzwaniem okazało się również przygotowanie komiksu do polskojęzycznej publikacji cyfrowej! Stan zachowania oryginalnych skanów pozostawiał wiele do życzenia, a praktycznie każda plama i zabrudzenie na stronach wymagały ręcznej, benedyktyńskiej pracy. Cyfrowa rekonstrukcja plansz była zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Tylko ogromny szacunek dla kulturowej wartości Eposu o Gilgameszu sprawił, że nie dałem za wygraną. Po wielu miesiącach żmudnej pracy z dumą przedstawiam Wam ten monument fumetti per adulti!

EPICKIE LINKI

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Oryginalna tabliczka z fragmentem Eposu o Gilgameszu ze zbiorów British Museum, na widok której oddycham z ulgą. Zabrudzone i krzywe skany fumetto to pikuś, prawdziwą przeprawę mieli archeolodzy z opracowaniem tego akadyjskiego zapisu. Jak się w tym wszystkim rozczytać, jak odtworzyć brakujące fragmenty? Chapeau bas dla wszystkich zaangażowanych!

niedziela, 30 marca 2025

TERROR. ATTYLA, BICZ BOŻY!

Tytuł oryginalny: Terror

n.119 - Attila, flagello di Dio!

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: wrzesień 1979

Scenariusz: Anonim

Grafika: Polls

Skan wydania holenderskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man

Alternatywny projekt okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Nader rychły powrót serii Terror, ponownie w historycznym kostiumie. Tym razem cofamy się w czasie aż do piątego wieku naszej ery, kiedy sporo szumu w Europie narobił niejaki Attyla, władca imponująco rozległego, choć efemerycznego imperium zjednoczonych koczowniczych plemion. Co podkusiło twórców fumetti do wzięcia na warsztat tej akurat postaci, zwłaszcza w ramach serii krążącej wokół tematyki grozy i niesamowitości? To raczej temat dla wydawnictwa o profilu historyczno-przygodowym! Czyżby czynnikiem decydującym była legendarna bezwzględność najsłynniejszego spośród Hunów, gwarantująca fabułę pełną barbarzyńskich okrucieństw, a tym samym wpisującą się w makabryczny profil Terroru?

Jest to najbardziej logiczny wniosek, a rozpoczynająca opowieść krwawa masakra, w której nie oszczędza się nawet ciężarnych kobiet, zdaje się go potwierdzać. Tymczasem rozwój fabuły nieco sprawę komplikuje, w głównej mierze za sprawą tytułowego bohatera, który przeczy ogólnemu wyobrażeniu, jakie o nim mamy. Nietypowy jest już sam jego wygląd. W miejsce śniadego Azjaty z charakterystycznymi długimi, cienkimi wąsami odnajdujemy wojownika o europejskich rysach, na pierwszy rzut oka Gota bądź Germanina. Również pod względem profilu psychologicznego przeczy stereotypowi. Jako przywódca jest nie tylko pragmatyczny, ale i honorowy, dotrzymujący przysiąg i unikający bezsensownego rozlewu krwi. Ma tylko niepohamowany apetyt seksualny, ale tego należy się spodziewać po każdym zdobywcy godnym tego miana, jak również po konwencji fumetti per adulti, która obowiązkowo zawierać musi choć odrobinę świntuszenia.

Skąd zatem ten niekonwencjonalny Attyla? Czyżby scenarzyście zamarzył się epos historyczny o dzielnym barbarzyńskim wodzu, który na polu bitwy skutecznie stawia czoła największej militarnej potędze świata, lecz znacznie bardziej winien obawiać się intryg i zdrady ze strony najbliższego otoczenia? Wódz ten mógłby być chociażby Gotem (oni również zaleźli Rzymianom za skórę!), ale ze względów komercyjnych utożsamiony został z powszechnie rozpoznawalnym Attylą? Niewątpliwie czytelnicy ceniący sobie historyczną dokładność uznają całość za wydumaną, nie mającą wiele wspólnego z relacjami dziejopisarzy, którzy w czasach rzymskich byli wyjątkowo skrupulatni. Pod tym względem bardziej warta uwagi jest na ogół trzymająca się faktów mini-seria Attila… mon amour Jeana-Yvvesa Mittona (który niestety poprzestał tym razem na scenariuszu). Natomiast Attyla formatu kieszonkowego w największym stopniu zadowoli amatorów szekspirowskich tragedii królewskich, których atrakcje najtrafniej podsumował sam Bard w finale Hamleta:

Przyjdzie wam usłyszeć

O czynach krwawych, wszetecznych, wyrodnych,

O chłostach trafu, przypadkowych mordach,

O śmierciach skutkiem zdrady lub przemocy!

HUŃSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

We włoskich produkcjach historycznych Attyla w znacznie większym stopniu odpowiadał popularnym wyobrażeniom na swój temat. W wykonaniu Anthony’ego Quinna był nieokrzesanym, gburowatym brutalem, którego na próżno usiłowała owinąć sobie wokół palca arystokratyczna Sophia Loren. Nie z Hunem te kobiece sztuczki!

poniedziałek, 27 stycznia 2025

TERROR. CHIŃSKI RAJ

Tytuł oryginalny: Terror

n.104 - Paradisi cinesi

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1978

Scenariusz: Anonim

Grafika: Xavier Musquera

Skan wydania holenderskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Terror powraca – tym razem w wydaniu orientalnym! Wbrew pozorom nie wszystkie historie prezentowane na łamach tej serii rozgrywały się w tak oczywistych lokacjach jak średniowieczny zamek. Na przestrzeni 216 tomików groza przybierała różne oblicza. Oprócz typowych gotyckich klimatów pojawiały się adaptacje klasyki literackiej (Hamlet), mitów (Epos o Gilgameszu, Król Edyp), tudzież biografie historycznych postaci, najczęściej tych o kiepskiej reputacji (Kaligula, Elżbieta Batory). Wszystko rzecz jasna podkręcone pod względem przemocy i erotyki, choć w przypadku wzięcia na warsztat chociażby wyczynów Gillesa de Rais'a trudno cokolwiek podkręcać, trzeba wręcz stosować ogólniki i elipsy, by rzecz mogła się ukazać! Twórcom zdarzyło się również opuszczać Europę na rzecz innych kontynentów. Taką też zamorską podróż zaproponowali w 104. odsłonie.

Nadarzała się ku tej wyprawie sprzyjająca okazja. Xavier Musquera, zdolny hiszpański rysownik na kontrakcie z Edifumetto, specjalizujący się w tematyce historycznej, otrzymał zlecenie na tomik serii Guerra pt. Rewolta bokserów. Można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, zatrudniając go do drugiej historii, również rozgrywającej się w skolonizowanych Chinach drugiej połowy XIX wieku. Pomiędzy obydwoma tytułami odszukać można sporo podobieństw, na czele z kolorytem lokalnym oraz centralnymi postaciami kobiecymi. Bohaterki Rewolty i Raju wyglądają jak siostry bliźniaczki, choć pod względem charakteru są całkowitymi przeciwieństwami. Miriam to postać pozytywna, nieświadoma tego, ile cierpienia chińskiej ludności sprowadziło panowanie imperium brytyjskiego, tymczasem Emmeline doskonale wie, jak się sprawy mają, i świadomie staje po stronie oprawców. Dla wymiernych korzyści finansowych i zaspokojenia własnego libido...

Jasnowłosa, piękna i pozbawiona moralnych zahamowań Emmeline ma swój słynny literacki rodowód. Jest nim Klara, główna kobieca postać Ogrodu udręczeń (1899), jednego z najsłynniejszych tekstów literatury fin-de-siecle'u. Octave Mirbeau stworzył modelową wręcz postać sadystki o anielskim wyglądzie, którą poszukiwanie ekstremalnych doznań prowadzi aż do Chin, gdzie lokalne władze wciąż urządzają publiczne egzekucje i tortury. Wraz ze swym partnerem, narratorem powieści, Klara udaje się do tytułowego ogrodu, oferującego możliwość przyglądania się okrutnym spektaklom dokonywanym w majestacie prawa. Widzowie muszą przy tym uważać na mięsożerne rośliny, wyrosłe na krwi udręczonych skazańców. Twórcy fumetti musieli znać dzieło Mirbeau, nie zdecydowali się jednak na bezpośrednią adaptację. Ogród zastąpili szklarnią, a w głównej roli męskiej zamiast dekadenta, zafascynowanego zimnym okrucieństwem partnerki, obsadzili szlachetnego doktora, który z całych sił przeciwstawia się „la belle dame sans merci” i jej nieprawościom. Tym niemniej, nie sposób nie myśleć o Chińskim raju jako wariacji na temat najbardziej perwersyjnej fantazji orientalnej, jaką zna literatura!

CHIŃSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Poza pierwszymi dekadami XX wieku, kiedy rozchwytywali go przedstawiciele Młodej Polski, Ogród udręczeń nie stał się w Polsce tekstem kultowym, ani nawet powszechnie znanym. Samego Mirbeau kojarzy się głównie z Dziennika panny służącej. Ten stan rzeczy próbowało zmienić na początku lat 90. Wydawnictwo Alfa. Choć udało się to połowicznie, dzięki inicjatywie warszawskiej oficyny można dziś łatwo odnaleźć książkę na Allegro i dać się skusić „wyrafinowanemu okrucieństwu chińskich tortur”!

sobota, 26 sierpnia 2023

TERROR. DANSE MACABRE

Tytuł oryginalny: Terror

n.03 - La danza macabra

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Leone Frollo

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: styczeń 1970

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Paguroselvaggio (VintageComix)

Projekt okładki: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Jedyna sierpniowa translacja, czemu trudno się dziwić! Wakacyjne miesiące nie sprzyjają ślęczeniu nad skanami, zdecydowanie większą frajdę sprawia lektura papierowych tomików na świeżym powietrzu, gdy wdzięcznie świeci słoneczko, a wokół ćwierkają ptaszki. Wielkimi krokami zbliża się jednak szara i smutna jesień, której nieuchronne nadejście warto umilić lekturą klasycznego fumetti grozy! Tym razem wyjątkowo grzecznego, reprezentacyjnego dla wczesnego okresu Terroru: serii, która na przestrzeni lat stała się znacznie śmielsza, podnosząc coraz wyżej poprzeczkę tego, co włoskiemu komiksowi popularnemu godzi się pokazywać. Jednakże w styczniu 1970 roku do włoskich odbiorców trafił tomik odpowiadający najbardziej tradycyjnym gustom, mający szansę spodobać się nawet tym, którzy dekadę wcześniej pomstowali na „deprawujące” magazyny spod szyldu EC Comics.

W tym momencie przyznaję się bez bicia do dokonania ostrej selekcji i wzięcia na warsztat wyłącznie najdłuższej historii z tomiku liczącego ich sobie aż pięć! Wybiórczość ta podyktowana została w pierwszej mierze niewystarczającą mocą przerobową we wspomnianym leniwym okresie wakacyjnym, ale też trzeźwą oceną jakości artystycznej zbioru. Nie bez powodu opowieść z grafiką Leone Frollo wybrano na tytułową. Wśród pozostałych na dłużej w pamięci zostaje tylko Zombi a cottimo, krótka makabreska, w której pewien cwany przedsiębiorca postanawia zatrudnić w swojej fabryce umarlaków jako najtańszą siłę roboczą. Zabawna rzecz, lecz nie do tego stopnia, by zaraz brać ją na warsztat, zwłaszcza że identyczny pomysł doczekał się brawurowego rozwinięcia w opowiadaniu Johna Morressy’ego Pracusie z parku sztywnych (Nowa Fantastyka, 10/93).

Tym samym polska edycja cyfrowa jest pierwszym solowym występem Jeanette, pięknej i tajemnicznej tancerki z Moulin Rouge, której imponującą fizyczność odmalował z maestrią Leone Frollo (niewątpliwie pomógł fakt, że fabuła osadzona została w ulubionym przez niego okresie Belle Époque). Komiks aż prosił się o zupełnie nową obwolutę, nawiązującą bezpośrednio do jego tematyki. W tym celu niezbędna okazała się pomoc wytrawnych speców od grafiki komputerowej. Zdecydowanym faworytem okazała się okładka zaprojektowana przez Old Mana, bazująca na jednej z plansz komiksu, natomiast alternatywne projekty Cyfrowego Barona podziwiać można pod sam koniec tomiku. Zwłaszcza drugi, odważniejszy projekt pasuje jak ulał do fumetti z późniejszych lat, gdy już bez skrępowania epatowano na okładkach atrakcyjną golizną, nierzadko zaczerpniętą z rozkładówek magazynów dla panów. A zatem przed wami klasyczna komiksowa groza w nowej, XXI-wiecznej oprawie!

MŁYNIARSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Zarówno okładka oryginalnej edycji, jak też francuskiego przedruku (gdzie notabene zredukowano ilość historii) nie mają nic wspólnego z treścią, wydając się ogólnymi impresjami na temat motywów gotyckiego horroru. Nie uświadczymy więc w środku numeru ani wstającego z trumny krwiopijcy, ani omdlałego pod szubienicą dziewczęcia...

niedziela, 18 września 2022

TERROR. PRAWDZIWA HISTORIA KUBY ROZPRUWACZA

Tytuł oryginalny: Terror

n. 18 - La vera storia di Jack Lo Squartatore

Scenariusz: Anonim

Grafika: Milo Manara

Pierwsze wydanie: kwiecień 1971

Wydawca: Ediperiodici

Skan: Charles (VintageComix)

Przekład z jęz. francuskiego: Vallaor

Opracowanie graficzne: Vallaor

Projekt polskiej okładki: Cyfrowy Baron

Tym razem nie lada ciekawostka dla wszystkich fanów Milo Manary: jedna z jego najstarszych prac, pochodząca z okresu, kiedy dopiero ćwiczył warsztat i nie wszystko wychodziło mu równie perfekcyjnie, co w latach późniejszych. Nietrudno zgadnąć, że przyszły geniusz najłatwiej dostrzec można w szkicach postaci kobiecych, smukłych i powabnych. Tak właśnie rysownik przedstawił kobiety lekkich obyczajów z ubogich dzielnic Londynu, padające ofiarą maniaka znanego jako Kuba Rozpruwacz. Według wiarygodnych materiałów źródłowych zamordowane prezeń panny nie odznaczały się urodą. Zbyt wielkie piętno odcisnęły na nich zarówno wyczerpujący fizycznie zawód, jak też nędzne warunki bytowania. Jednak mowy nie ma, by Manara kiedykolwiek dochowywał wierność historycznym przekazom, kiedy stawały mu na przeszkodzie malowania dziewcząt idealnie pięknych! Już mając na uwadzę tę dowolność w portretowaniu postaci, należy potraktować "prawdziwość" z tytułu z dużym przymrużeniem oka. Zresztą nie tylko Manara, ale też zdecydowana większość filmowców ukazuje ofiary Rozpruwacza jako atrakcyjne. Dziwaczne gusta Kuby swoją drogą, ale widz kinowy po prostu nie życzy sobie oglądać na ekranie szpetnych niewiast, bez względu na to, jaką profesją by się nie parały.

Odkładając na bok kwestię zgodności z faktami, podpisana przez anonimowego scenarzystę historia nie ma szans na pierwsze miejsce w rankingu najlepszych komiksów o Rozpruwaczu. Nie tylko dlatego, że w 1989 roku Alan Moore i Eddie Campbell zdeklasowali konkurencję swoim Prosto z piekła, istnym opus magnus ripperologii. W dziełku Manary nie ma co liczyć na oryginalne podejście do tematu i mocno skomplikowaną fabułę. W swojej prostocie jest ono jednak całkiem sympatyczne, a sięgnąć po nie mogą nawet zadeklarowani przeciwnicy ekscesów fumetti. W kwestiach erotycznych wykazuje zaskakującą delikatność, w czym zapewne czynnikiem decydującym była data publikacji. W 1971 roku nawet komiksy "per adulti" nie pozwalały sobie na świntuszenie pełną parą. Natomiast w kwestii obrazowania przemocy sprawa jest bardziej skomplikowana, istnieje bowiem znacząca rozbieżność pomiedzy edycją francuską i holenderską. W tej pierwszej zadawane przez Kubę rany wyglądają bardziej na zadraśnięcia, zaś o wybebeszaniu treści żołądkowych możemy sobie wyłącznie poczytać. Inaczej sprawy się mają w tomiku holenderskim, gdzie wszystko wygląda znacznie bardziej dosadnie. Nie dysponując włoskim oryginałem i zdając sobie sprawę z cenzorskich zapędów Elvifrance, zdecydowałem się w tym aspekcie podążyć za Holendrami. A zatem: więcej krwi, więcej obrażeń i flaki na wierzchu. Gorehounds, enjoy!

Oddzielnego akapitu domaga się okładka, jako że nie skończyło się tutaj na standardowym odczyszczaniu i wstawianiu polskich tytułów. Specjalnie na potrzeby "czarciej" edycji został dokonany odważny remix, łączący elementy okładki fumetti, fotografii i malarskiego plakatu filmowego (Jack The Ripper z 1976 roku). Skąd ta fanaberia, odsuwająca datę premiery o ładnych kilka dni? Z przeświadczenia, że pomimo swoich niedoskonałości komiks zasługuje na własną okładkę, której do tej pory de facto się nie doczekał. Obwoluta włoskiego tomiku nawiązywała do drugiej opowieści w nim zawartej i przedstawiała buddyjskiego mnicha (?) rozcinającego siekierą mechanicznego kosmitę (?!?). Francuzi, którzy z oryginalnego wydania przedrukowali tylko historię o Kubie, zdecydowali się na okładkę najbardziej w ich mniemaniu zbliżoną tematycznie, podkradzioną z 44. tomiku serii Jacula: stąd cmentarz, czaszki oraz wampirza buźka, mające się nijak do realistycznego londyńskiego thrillera! Polska wersja nie rezygnuje całkowicie z francuskiej obwoluty, zmieniając jednak kilka elementów na mocniej nawiązujące do treści Prawdziwej historii... Wydaje się, że tak właśnie mogłaby wyglądać, gdyby komiks Manary ukazał się pięć lat później, już po premierze Kuby Rozpruwacza z Klausem Kinskim!

WYPATROSZONE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Chociaż niemiecki aktor charakterystyczny wcielił się w niesławnego Kubę dopiero w 1976 roku, dziwnym zrządzeniem losu trafił do komiksu poświęconego tej postaci już pięć lat wcześniej! Na dodatek fotosy aktora, ochoczo wykorzystywane przez Milo Manarę do szkiców, pochodzą z filmu Venus in Furs (1969) w reżyserii Jessa Franco. Tego samego Franco, który w 1976 roku zatrudni Kinskiego do tytułowej roli w swoim obrazie o Rozpruwaczu. Być może to właśnie wczesna praca Manary podsunęła mu pomysł na casting!

niedziela, 28 listopada 2021

TERROR. ELŻBIETA BATORY N°2/2

Tytuł oryginalny: Terror n.28 - Elisabetta Bathory

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1972

Scenariusz: Anonim!

Grafika: Stelio Fenzo

Okładka: Pino D'Angelico

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Powracamy do opowieści o wariackich wyczynach hrabiny Elżbiety. Podział na dwie części to zupełnie oryginalna propozycja. Zarówno we Włoszech, jak też w Holandii wydany został tylko jeden opasły tomik. Także we Francji Elżbieta ukazała się jako całość, choć w ramach serii o innym tytule (Série Jaune), ze zmienioną okładką i mocno uszczuplona, zgodnie z godną ubolewania strategią Elvifrance do ingerowania w tekst bazowy i modyfikowania go stosownie do własnych preferencji (nawet grube tomiki były we Francji cieńsze), jak również wymogów cenzury. Dokładna analiza perfidnych strategii edytorskich Elvifrance na przykładzie Elżbiety to materiał na odrębną, dłuższą wypowiedź - wystarczy wspomnieć, że wyleciały aż 22 strony!

Francuskie wydanie do czegoś się jednak przysłużyło, oferując alternatywną okładkę, która obecnie ozdobiła drugą część polskiej translacji. Z jakiego powodu Elvifrance nie zdecydowało się na wykorzystanie oryginalnej grafiki? Stawiam na względy czysto komercyjne. Na wybranym przez nich obrazie Pino D'Angelico odnajdujemy multum przykuwających uwagę elementów: od apetycznej blondynki topless w pozie sugerującej zagrożenie, niewątpliwie obawiającej się noża dzierżonego przez łapę w skórzanej rękawiczce (giallo!); poprzez dwie tajemnicze postaci na tle księżyca w pełni (na moje oko wiedźma zrzuca ze skały przerośnięte, włochate dziecko - które równie dobrze może być włochatym karłem!); czerwonego diabła dosiadającego pegaza; aż po zaśmiewającego się do rozpuku, umiejscowionego w punkcie centralnym diabła wyższej kategorii, być może zawiadującego całym tym miszmaszem. Uprzedzam lojalnie, że nie ma tu żadnego punktu stycznego z treścią tomiku! Okładka zaprojektowana została pierwotnie do zupełnie innej publikacji, 47. numeru serii Oltretomba. Z pewnością warto przyjrzeć się bliżej temu tytułowi, choć jak widać nastawianie się na konkretne treści może zwieść na manowce. Czasami nawet fumetti tascabili nie powinno się oceniać po okładce, choć na pozór wszystko jest tu podane eksplicytnie, "kawa na ławę".

Przyznaję bez bicia, że rozpoławiając Elżbietę Batory na dwie, mniej więcej równe połowy, kierowałem się czystą ekonomią - co dwa posty, to nie jeden! Pytanie, czy sama historia wytrzymała taką rzeźnicką operację? Pod względem dramaturgicznym cięcie da się wybronić, akcja zawieszona została we właściwym momencie (początek śledztwa żandarma Kansky'ego). Ponadto podział podkreśla wyraźniej, z jakiej perspektywy snuta jest opowieść, kto ostatecznie wychodzi w niej na plan pierwszy. W poprzedniej części mogło się jeszcze wydawać, że postać tytułowa pozostanie główną, skoro jej ekspozycja zajmowała większość miejsca. Tymczasem okazuje się, że Krwawa Hrabina nie dostąpiła zaszczytu podźwignięcia całej fabuły. Nie bez przyczyny! Jako psychopatka porusza się w zamkniętym kręgu obsesji, zmuszona do regularnego zaspokajania trawiącego ją pragnienia. Bez względu na to, ile by jeszcze dziewcząt nie zamordowała, nie stanie się nigdy postacią dynamiczną, gdyż nie przechodzi wewnętrznej przemiany, a doświadczenie niczego jej nie uczy... może poza kolejnymi technikami torturowania!

Scenarzysta anonim postąpił więc słusznie, kierując uwagę na inną, mniej jednowymiarową postać, której działania są efektem świadomego wyboru i jako takie mogą podlegać etycznej ocenie. Pozwala to na uczynienie z opowieści swoistego moralitetu o uniwersalnym charakterze. Nasze decyzje mają konsekwencje. Cyniczne przymykanie oczu na zło, jak też uczestniczenie w nim dla doraźnych korzyści może dość szybko wyjść nam bokiem. Aby jakoś nawiązać do omawianej okładki: gdy podpisujemy cyrograf, bez względu na nasze intencje diabeł zawsze śmieje się jako ostatni!

Elżbietańskie linki:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Pino D'Angelico zapewne nie spodziewał się, że jego okładka do Il diavolo non paga il sabato (Diabeł nie płaci w sobotę) ozdobi we Francji historię o Elżbiecie Batory. Obecnie ja sam przyczyniłem się do zamieszania, samowolnie przyporządkowując pracę D'Angelico do serii Terror!

niedziela, 31 października 2021

TERROR. ELŻBIETA BATORY N°1/2

Tytuł oryginalny: Terror n.28 - Elisabetta Bathory

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1972

Scenariusz: Anonim!

Grafika: Stelio Fenzo

Okładka: Alessandro Biffignandi

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Idealna na wieczór Halloween opowieść o Krwawej Hrabinie inicjuje nowy cykl, w ramach którego pojawią się zamknięte historie reprezentujące rozmaite popularne serie z przebogatego rynku włoskich wydawnictw kieszonowych. Poszerzy to tematyczne spektrum, pozwalając uniknąć monotonii, wiążącej się ze skupieniem uwagi wyłącznie na dwóch tytułach, jakkolwiek wysoko byśmy ich nie oceniali.

Na pierwszy ogień seria Terror, mogąca się pochwalić się aż 216. odsłonami - nie licząc wydań specjalnych, reedycji oraz serii odpryskowych! Prawie dwie dekady bytności na rynku świadczą o popularności tytułu, który od pierwszego tomiku zapewniał czytelnikom solidną dawkę mocnych wrażeń oraz "bogactwo intryg rodem z tradycji Grand Guignol", jak zapewniało w materiałach reklamowych Ediperiodici. Liczba scenarzystów i grafików, którzy pojawili się na łamach serii, robi wrażenie. Warsztat ilustratora ćwiczył tu chociażby Milo Manara! Nagromadzenie talentów zapewniało różnorodność gatunkową i stylistyczną. Terror stanowić może dowód na pojemność formuły Grand Guignol, w której mieścić może się fabuła każdego rodzaju, byle tylko okazała się należycie makabryczna.

Choć zestaw nazwisk artystów zaangażowanych w serię przedstawia się imponująco, wszystko wskazuje na to, że przez szefostwo firmy traktowani byli jako bezimienni wyrobnicy. Ediperiodici nie pofatygowało się nigdy umieścić na wstępie tomików nazwisk autorów. Tym samym zadanie przyporządkowania poszczególnych tytułów ich twórcom przypadło zagorzałym fanom fumetti. A nawet tacy niekwestionowani wyjadacze, przez których ręce przeszły setki tomików, ograniczają się zazwyczaj do identyfikacji rysownika, w przypadku personaliów scenarzysty bezradnie rozkładając ręce. Wyjątkiem są przypadki, w których skryba-anonim posiada łatwo rozpoznawalny warsztat, wykrzystując stały zestaw chwytów i motywów. Jest to przypadek Carmelo Gozzo, którego pokręconej wyobraźni nie da się pomylić z żadną inną (gdy płód jego wyobraźni tutaj zagości, niechybnie towarzyszyć mu będzie ostrzeżenie o treściach z wysoką dozą drastyczności).

Elisabetta Bathory, będącą 28. odsłoną serii, to właśnie przypadek scenarzysty, którego personalia pozostaną chyba już na zawsze tajemnicą. A szkoda, ponieważ nie ma się czego wstydzić, może poza zbyt częstym wspominaniem o "wzbierającym pożądaniu" i "dreszczu rozkoszy przeszywającym ciało". Komiksowa biografia niesławnej siostrzenicy Stefana Batorego szczęśliwie unika wątków fantastycznych, które niechybnie upodobniłyby ją do hammerowskiej Hrabiny Drakuli. We włoskim kieszonkowcu monstrualne okrucieństwo węgierskiej arystokratki doczekało się interpretacji w kluczu psychoanalitycznym. Dzięki tej strategii otrzymujemy realistyczny kostiumowy thriller, luźno nawiązujący do historycznych faktów.

Zarówno we włoskim oryginale, jak też we francuskim przekładzie Elvifrance (40. odsłona tytułu Série Jaune) historia opublikowana została w jednej, liczącej ponad 200 stron książeczce. Skąd więc pomysł podzielenia opowieści na dwie części? Przyczyna jest prozaiczna i wiąże się z ograniczoną mocą przerobową niżej podpisanego. Setka stron z okładem, nierzadko wymagająca staranniejszego opracowania, to absolutne maksimum przy regularnych wrzutach! Aby poznać finał historii, należy więc uzbroić się w cierpliwość. Plusem tej sytuacji jest możliwość podziwiania nie jednej, ale dwóch okładek. W tym tygodniu oryginalna włoska, autorstwa niezrównanego Alessandro Biffignandiego.

Terrorystyczne linki:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Opasłe tomiki serii. Niegdyś dostępne za garść lirów, obecnie kosztowna gratka dla kolekcjonerów. Uzbierać całość to nie lada wyzwanie, tak pod względem logistycznym, jak i finansowym!