Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2026

Czarny Rycerz (One-shot)

Tytuł oryginalny: A Fekete Lovag

Oryginalna publikacja:

Węgierski magazyn młodzieżowy „Pajtás”

numery 24–43, 1968 rok.

Scenariusz: József Hunyady

Grafika: Zórád Ernő

Rekonstrukcja cyfrowa i skład: Vallaor

Translacja: Chat GPT & Gemini AI

Korekta przekładu: Vallaor i Aristejo

Przed Wami kolejny monumentalny Gazetowiec! Czarny Rycerz to komiksowa adaptacja jednej z najważniejszych węgierskich powieści dla młodzieży autorstwa Józsefa Hunyadyego. Wydane w 1959 roku dzieło kształtowało edukację patriotyczną kilku pokoleń Węgrów, stając się filarem tamtejszego kanonu literatury przygodowej na równi z legendarnymi Gwiazdami Egeru. Osadzona w XV wieku fabuła śledzi losy osieroconego podczas tureckiego najazdu chłopca imieniem Küsgergő, który trafia pod skrzydła Jana Hunyadyego. Na zamku Vajdahunyad poznaje smak przyjaźni, miłości i zdrady, a kulminacją jego licznych przygód jest udział w legendarnej obronie Belgradu w 1456 roku.

Przełożenie obszernej, wielowątkowej powieści na język komiksu wymagało sporej zręczności. Scenariusz sprawnie wyodrębnia kluczowe wydarzenia, ogranicza liczbę postaci drugoplanowych i koncentruje się na dojrzewaniu głównego bohatera – od prostego chłopca do nieustraszonego wojownika. O sile adaptacji decyduje jednak przede wszystkim kunszt Ernő Zóráda. Artysta z niezwykłą dbałością studiował uzbrojenie, stroje i architekturę XV wieku, tworząc plansze imponujące historycznym realizmem, filmowym kadrowaniem i rozmachem scen batalistycznych.

Tak jak w przypadku Michała Strogowa, poprzedniej pracy Zóráda zamieszczonej na blogu, nie jest to krótki one-shot, lecz miniseria, która za sprawą swych rozmiarów (40 stron!) z powodzeniem funkcjonować może jako odrębny album. O ile jednak zaprezentowane wydanie Strogowa odcinało się od swoich prasowych korzeni, o tyle tutaj wyraźniej czuć gazetowy klimat. Skany pochodzą bezpośrednio z magazynu Pajtás. Choć ich jakość poprawiono, nie była to pełna rekonstrukcja cyfrowa, dzięki czemu zachowany został urok pierwotnego druku. Na potrzeby cyfrowej edycji zbiorczej usunięto jedynie zbędne wstawki "ciąg dalszy nastąpi", a epizody przemianowano na rozdziały.

Choć gęsta, klasyczna narracja i duże zagęszczenie wydarzeń wymagają od czytelnika większego skupienia, wysiłek ten szybko zostaje wynagrodzony. Czarny Rycerz to nie tylko ważny rozdział historii madziarskiego komiksu, lecz przede wszystkim popis ponadczasowego rzemiosła Ernő Zóráda. Dzięki niezwykłej dokumentacji i filmowej wyobraźni tego artysty ta epicka opowieść potrafi także i dziś porwać czytelnika w wir burzliwej historii Węgier!

RYCERSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

W Czarnym Rycerzu pięknością spod pędzla Zóráda jest Anulka Kocogó, dla której bohater traci głowę i naraża się na wiele niebezpieczeństw. Na dorodną córkę zarządcy zamku ma również chrapkę amoralny panicz Boromissza - taki węgierski odpowiednik Bogumiła Radziwiłła z Potopu - który nie omieszka grać nieczysto w rywalizacji o jej rękę!

niedziela, 7 czerwca 2026

TERROR SPECIAL. CIERNISTY KWIAT NIEŚMIERTELNOŚCI

Tytuł oryginalny: Terror Special

n.21 - Il fiore spinoso dell'immortalità

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1987

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Skan wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man, Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Vallaor

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Czas na epos nad eposami, najstarszy w historii ludzkości! Pod tajemniczym, „kwiecistym” tytułem Ciernisty kwiat... kryje się adaptacja słynnego Eposu o Gilgameszu. Komiksowy pierwowzór został spisany na tabliczkach w pierwszej połowie drugiego tysiąclecia przed naszą erą, choć powstał zapewne tysiąc lat wcześniej. To dzieło słynne, ale głównie z nazwy. Nawet na studiach humanistycznych unika się jego omawiania, zaczynając przygodę z literaturą dopiero od poematów homeryckich. Być może kultura, której wytworem były losy Gilgamesza, jest już tak odległa, że rzadko zalicza się ją do kanonu kultury europejskiej. A przecież śmiało można mówić o podwalinach, bez których nie byłoby późniejszych wielkich narracji z Iliadą i Odyseją na czele.

Wzięcie przez Carmelo Gozzo na warsztat takiego tekstu to znakomite posunięcie. Z jednej strony odbiorcy są ciekawi samej historii, choć nie na tyle, by sięgnąć po jej akademicki, "tabliczkowy" przekład, który dla masowego czytelnika jest za mało atrakcyjny. Z drugiej strony, nikła znajomość fabuły wśród odbiorców dawała twórcom ogromną swobodę i możliwość popuszczenia wodzy fantazji. Scenopisarze pozytywnie jednak zaskakują: zamiast wymyślać niestworzone historie, starają się wiernie trzymać oryginalnej narracji. Dodają jedynie obowiązkową dawkę pikanterii - na tyle dużą, że wydanie francuskie zostało odchudzone o ponad pięćdziesiąt zbyt odważnych plansz! Jednak nawet dosadne potraktowanie relacji damsko-męskich idealnie współgra z surowym charakterem opowieści o czasach, w których pojęcia kurtuazji i przyzwoitości dopiero się formowały.

Narracja Gozzo jest dynamiczna i potoczysta, zaś Francesco Blanc wyjątkowo przyłożył się do warstwy graficznej, co w jego przypadku jasno dowodzi prestiżu całego projektu. Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najlepszych odsłon linii Terror Special, której sama nazwa sugeruje jakość wyższą od standardowej. Jak widać, seria ta nie ograniczała się do klasycznego horroru, chętnie biorąc na warsztat również „krwiste” narracje historyczne.

Epickość w tym przypadku nie ograniczyła się niestety do samej opowieści. Spektakularnym wyzwaniem okazało się również przygotowanie komiksu do polskojęzycznej publikacji cyfrowej! Stan zachowania oryginalnych skanów pozostawiał wiele do życzenia, a praktycznie każda plama i zabrudzenie na stronach wymagały ręcznej, benedyktyńskiej pracy. Cyfrowa rekonstrukcja plansz była zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Tylko ogromny szacunek dla kulturowej wartości Eposu o Gilgameszu sprawił, że nie dałem za wygraną. Po wielu miesiącach żmudnej pracy z dumą przedstawiam Wam ten monument fumetti per adulti!

EPICKIE LINKI

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Oryginalna tabliczka z fragmentem Eposu o Gilgameszu ze zbiorów British Museum, na widok której oddycham z ulgą. Zabrudzone i krzywe skany fumetto to pikuś, prawdziwą przeprawę mieli archeolodzy z opracowaniem tego akadyjskiego zapisu. Jak się w tym wszystkim rozczytać, jak odtworzyć brakujące fragmenty? Chapeau bas dla wszystkich zaangażowanych!

piątek, 29 maja 2026

MICHAŁ STROGOW (One-shot)

Tytuł oryginalny: Sztrogof Mihály

Oryginalnie opublikowany w:

węgierski tygodnik szaradzistów i łamigłówek „Füles”

Numery 12-28, 1975 rok

Wydanie albumowe: Lapkiadó Vállalat, 1985

Scenariusz: Zórád Ernő

Grafika: Zórád Ernő

Rekonstrukcja cyfrowa i czyszczenie dymków: Cyfrowy Baron

Wstawianie tekstu: Vallaor

Translacja: Chat GPT & Gemini AI

Korekta przekładu: Vallaor i Aristejo

Czwarty gazetowiec… czy pierwszy albumowiec? Przyznaję się do pewnego oszustwa — choć komiksowa adaptacja Michała Strogowa ukazała się pierwotnie w odcinkach na łamach magazynu, podstawą polskiego tłumaczenia jest późniejsza wersja albumowa, do której rysownik domalował okładkę i dodał kolor. Przy dostępności tak atrakcyjnej edycji szkoda byłoby opierać się na skanach oryginalnego wydania. Ten ekskluzywny format wymagał zresztą odpowiednio starannego opracowania. W przeciwieństwie do trzech poprzednich gazetowców tekst naniesiono ręcznie. Zajęło to zdecydowanie więcej czasu niż korzystanie ze specjalnego programu, ale pozwoliło osiągnąć bardziej dopracowany efekt. Trudno było również zdać się na automatycznego tłumacza — zaproponowany przez niego tekst wymagał gruntownej rewizji i korekty, zanim mógł trafić do dymków. A jest go tym razem sporo! To jedna z adaptacji, które starają się unikać fabularnych skrótów, uzupełniając narrację graficzną solidnymi blokami tekstu. To zdecydowanie niedzisiejsze, dziś już niemal niespotykane podejście, ale dobrze pasujące do klasycznego charakteru tego dzieła. Lektura wymaga więcej czasu, ale za sprawą tego percepcyjnego wysiłku staje się bogatsza.

W przypadku Strogowa nie tylko potoczysta narracja, lecz także sam temat idą pod prąd współczesnej mody. Czy w czasie rosyjskiej agresji wypada przypominać dzieło opiewające imperialną przeszłość tego kraju? Można jednak argumentować, że Michał Strogow nigdy nie był dziełem rdzennie rosyjskim. Powieść została napisana po francusku przez Jules’a Verne’a i popularność zdobyła przede wszystkim na Zachodzie, podczas gdy w samej Rosji przez długi czas była zakazana. Na pozór trudno o powieść bardziej przychylną caratowi — monarcha przedstawiony jest w pozytywnym świetle, a czytelnicy kibicują jego dzielnemu kurierowi. A jednak sama sugestia, że wewnętrzna rebelia mogłaby zachwiać imperium w posadach i zagrozić samej Moskwie, okazała się dla cenzorów nie do zaakceptowania. Niewiele lepiej wiodło się powieści po rewolucji październikowej, gdy uznano ją za ideologicznie wrogą gloryfikację caratu. Ciekawe, jak Rosjanie patrzą na nią dziś, gdy idea wielkiego imperium znów wraca do łask? Jedno nie ulega wątpliwości: to wręcz modelowa powieść przygodowa, która przez ponad sto lat nie straciła na atrakcyjności, o czym świadczą liczne adaptacje filmowe i komiksowe. Jak wypada w wydaniu węgierskim, pod pędzlem mistrza Ernö Zòràda? Przekonajcie się sami!

KURIERSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Tym razem Zòràd miał okazję odmalować aż dwie piękne kobiety, dodatkowo kontrastujące ze sobą urodą i charakterem. Blondynka Nadia reprezentuje wszystko, co w płci pięknej szlachetne i subtelne, natomiast Cyganka Szangar — wręcz przeciwnie. I szkoda, że w komiksie jest jej tak mało. Włosi poświęciliby jej całą serię!

wtorek, 28 kwietnia 2026

CZERWONA BARYKADA (One-shot)

Tytuł oryginalny: A vörös barikád

Oryginalnie opublikowany w:

Węgierski magazyn młodzieżowy „Pajtás”, numery 39–50

Rok wydania: 1970

Scenariusz: Hunyady József

Grafika: Zórád Ernő

Rekonstrukcja cyfrowa: Cyfrowy Baron

Translacja: AI Gemini Flash

Korekta przekładu: Vallaor i Aristejo

Tym razem spotkanie z rysownikiem dobrze w Polsce znanym, najpierw dzięki historiom publikowanym w kultowym Relaxie, a następnie za sprawą Krajowej Agencji Wydawniczej, która na przełomie lat 80/90 wypuściła na rynek cykl węgierskich adaptacji klasyki literackiej (Ostatni Mohikanin, Jankes na dworze króla Artura, itd.). Za scenariusz odpowiadał najczęściej Tibor Cs. Horvath, a za ilustracje Ernö Zòràd. Pomimo narzekania Jerzego Szyłaka na łamach Fantastyki, że zaznajamianie z dziedzictwem komiksu europejskiego rozpoczyna się u nas od mało istotnych madziarskich „bryków”, dla spragnionych opowieści obrazkowych czytelników były one jak manna z nieba. I choć korzystały wówczas z niejakiej taryfy ulgowej, nie mając zbyt dużej konkurencji, po latach widać, że są to całkiem zgrabne przekłady literatury na język komiksu, przy wszystkich niezbędnych skrótach zachowujące ducha oryginału. Natomiast grafika Ernö Zòràda jest tu zdecydowanie najjaśniejszym punktem! Okres transformacji ustrojowej okazał się idealny do zaznajomienia polskiego odbiorcy z jego twórczością. W latach następnych rynek wypełniły zupełnie inne wydawnictwa, a sam Zòràd powrócił dopiero po kilku dekadach, na łamach reaktywowanego Relaxu, notabene z kolejną adaptacją - Ostatnimi dniami Pompejów.

Warto zaznaczyć, że w rodzimym kraju rysownika również nie było różowo i nie od razu doczekał się on publikacji albumowych. Tworząc na zamówienie gazet, nie miał pewności, czy jego prace zostaną kiedykolwiek wznowione w lepszej szacie graficznej. Jednakże jako profesjonalista, ewidentnie wkładający serce w swoje plansze, nie odwalał nigdy fuszerki i potrafił praktycznie każdy temat przedstawić w sposób atrakcyjny. Co zresztą postaramy się udowodnić na przykładzie krótkiej historii z dużym nacechowaniem ideologicznym, przedstawiającej najbardziej burzliwy epizod z kariery niestrudzonego rewolucjonisty Frankela Leo. Kiedy tylko w Paryżu rozpoczęło się socjalistyczne wrzenie, zjawił się tam, by wejść do rządu Komuny Paryskiej i walczyć o jej przetrwanie z przeważającymi siłami wrogów ludu. Czy marksistowska interpretacja tych odległych wydarzeń może zaciekawić współczesnego czytelnika? Jeśli tak, to niemała w tym zasługa przepięknych, realistycznych i ekspresyjnych plansz węgierskiego artysty!

KOMUNALNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Węgierski rysownik ewidentnie kochał kobiety i gdy tylko nadarzała się taka możliwość, umieszczał w kadrze jakąś ślicznotkę! Nawet w opowieści o działaczu ruchu robotniczego, który poza Międzynarodówką świata nie widzi, znalazło się miejsce dla pewnej urodziwej i szykownej damy. Jest to niejaka Madame Duval, gwiazda Comédie-Française. Niestety, nie wiadomo, czy chodzi o autentyczną historyczną postać, czy wymyśloną na potrzeby scenariusza adoratorkę dzielnego marksisty.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

TERROR BLU. WYSPA BEZ IMIENIA

Tytuł oryginalny: Terror Blu

n.14 - L'isola senza nome

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: październik 1977

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Cyfrowa korekta skanu: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Kobiety z planety Zemhel, krążącej wokół Alfa Centauri, mają poważny problem z facetami. A konkretnie z ich brakiem! Od kiedy tajemnicza zaraza wybiła całą męską populację, zostały całkiem same. Szczęśliwie wysoki rozwój genetyki umożliwił przetrwanie gatunku, ale co innego sama egzystencja, a co innego budowanie zdrowej tkanki społecznej, opartej na związku kobiety i mężczyzny, wychowujących wspólnie potomstwo… No dobrze, trochę przesadziłem, implementując kosmitkom kultywowany na naszej planecie tradycyjny model społeczny. Nie wiadomo, w jaki sposób jest to u nich zorganizowane, być może rodzina jest tam przeżytkiem. Jak by nie było, mężczyzn im brakuje, tak że już na sam ich widok robi im się cieplej… na duszy! Wystarczy spojrzeć na okładkę.

Wyspa bez imienia była czternastą historią opublikowaną w ramach Terror Blu, serii łączącej motywy fantastyki naukowej z erotycznymi w nader zgrabny sposób. Na tym wczesnym etapie wydawnictwa głównego scenarzystę serii, Carmelo Gozzo, zdawała się frapować dynamika relacji damsko-męskich, najpełniej wyrażona w tytule kolejnego tomiku serii, Wojna płci (który notabene jakiś czas temu doczekał się polskiej translacji!). Formuła sci-fi pozwoliła na snucie hipotez, co by się stało, gdyby mężczyznom przytrafiło się coś niemiłego – na przykład totalne zdziczenie albo annihilacja – podczas gdy kobiety przejęłyby ster dowodzenia. Choć tarcia między płciami są stare jak świat, eksplozja takich wizji w kulturze popularnej niewątpliwie spowodowana była coraz większą obecnością kobiet w sferze publicznej oraz wzmożoną aktywnością feministek. Kulturowa rewolucja stawała się faktem i wielu zadawało sobie pytanie, czy nie dokona zbyt wielkiego spustoszenia, pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza.

Choć Włosi, mocno kultywujący model machismo, mieli szczególne powody do niepokoju, najlepsza satyra na wojujący feminizm, radykalnie przekształcający tkankę społeczną i odsyłający mężczyzn do lamusa, pojawiła się nie u nich, lecz u nas, pod postacią Seksmisji (1984). Porównując kultową polską komedię z Wyspą bez imienia, warto zwrócić uwagę, jak przez dzielące te dwa dzieła sześć lat zradykalizowała się wizja odizolowanej żeńskiej społeczności. Kosmiczne dziewczyny u Gozzo nadal pragną kontaktu z płcią przeciwną, a nawet o niej fantazjują (okładka!), natomiast praktyka sztucznego zapłodnienia jest dla nich smutną koniecznością, z której chętnie zrezygnują na rzecz naturalnych metod reprodukcji. Jaki kontrast z funkcjonariuszkami Ligii Kobiet u Machulskiego, dążących do całkowitego wyrugowania popędu seksualnego, zaś mężczyzn uznających za przyczynę całego zła świata. Kto by pomyślał, że polska komedia, oglądana przez rodziny w okresie okołoświątecznym, kreślić będzie bardziej ponurą wizję świata kobiet niż mistrz erotycznej makabry Carmelo Gozzo?

BEZIMIENNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, nadmienię tylko, że na drodze do międzyplanetarnej idylli żeńsko-męskiej stanie coś innego niż różnice kulturowe czy intelektualne. Nawet jeśli wykształconej elicie Zemhelianek mogłoby szybko zabraknąć tematów do rozmów z XIX-wiecznymi, zapewne niepiśmiennymi galernikami, prawdziwym problemem okazuje się rzecz bardziej prozaiczna, z którą nawet ziemskie pary nierzadko muszą się borykać…

czwartek, 7 sierpnia 2025

ALDILA. GŁOWA ORFEUSZA

Tytuł oryginalny: Aldilà

nr 2 - La testa di Orfeo

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: lipiec 1979

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Leone Frollo

Okładka: Oliviero Berni

Skan wydania włoskiego: Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz: Cyfrowy Baron

Rekonstrukcja okładki: Old Man

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Przekład i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Być może to najbardziej nietypowy one-shot z dotychczas prezentowanych. I nie chodzi tu wyłącznie o poziom graficzny, choć równie starannie narysowane historie nie trafiały się w kieszonkowym formacie zbyt często. Takie nieoczekiwane perełki zawdzięczamy chociażby Roberto Ravioli (Sexy Favole) oraz innym ambitnym twórcom, którzy przykładali się do pracy niezależnie od wysokości honorarium i prestiżu wydawcy. Głowa Orfeusza wyszła spod pędzla Leone Frollo, który nawet w regularnych seriach nie szedł na skróty, ale to właśnie w „solówkach” pokazywał pełnię swojego stylu. Wcześniej mogliśmy podziwiać jego gotycki melodramat o nieszczęśliwej tancerce z Moulin Rouge, która na własnej skórze doświadcza niedoskonałości chirurgii plastycznej XIX wieku.

Wyjątkowość tego tomiku wynika tymczasem z czegoś innego niż graficzne mistrzostwo, którego odmówić mu nie sposób. Tym razem kluczowa okazuje się nieobecności elementu tak wszechobecnego w kieszonkowcach, że trudno sobie je bez niego wyobrazić. Nie pisząc wprost, podpowiem tylko, że większość publikacji spod szyldu Edifumetti opatrzona była znakiem „Vietato ai minori” (Zakaz dla nieletnich), podczas gdy Orfeusz miał na oryginalnej okładce informację zgoła inną: „Fumetto per tutti” (Komiks dla wszystkich). Ta zaskakująca klasyfikacja – biorąc pod uwagę profil wydawnictwa Renzo Barbieriego – objęła wszystkie 12 tomików serii Aldilà. Może to właśnie odmienna formuła sprawiła, że seria była tak krótka?

Aldilà miała charakter antologii, prezentując za każdym razem nową historię. Nie dysponując resztą odcinków, trudno stwierdzić, czy dorównywały one Orfeuszowi pod względem fabularnym. Można zgadywać, że pod względem graficznym poza Frollo najlepiej prezentował się tomik Giovanniego Romaniniego, pilnego ucznia Ravioli. Scenariusze miały przyciągać przede wszystkim atmosferą niesamowitości i odniesieniami do klasycznych motywów – niekoniecznie jednak z literatury grozy, czego najlepszym przykładem "mitologiczny" Orfeusz.

Miłośników grozy uspokajam: akurat jej nie zabraknie! Mit o artyście, który zstąpił do Hadesu, aby odzyskać ukochaną Eurydykę, stanowi zaledwie punkt wyjścia dla narracji o mrocznym rytuale przejścia, jaki odbywa poeta z końca XIX wieku. Młodzieniec pragnie dołączyć do elitarnego grona tych, którym dane było poznać wiedzę przekazaną przed tysiącami lat przez Orfeusza jego uczniom. Jak widać, obrzędy orfickie przetrwały przez stulecia, o czym rzecz jasna podręczniki milczą. Wiedza tajemna, pozwalająca przemieszczać się między życiem doczesnym a zaświatami (po włosku: Aldilà!), z definicji powinna pozostać domeną nielicznych. A nawet oni nie zawsze są świadomi, jaką cenę przyjdzie za ową wiedzę zapłacić!

ORFICKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Czy to aby przypadek, że akcja komiksu toczy się dokładnie rok przed powstaniem obrazu Nimfy odnajdujące głowę Orfeusza Johna Williama Waterhouse’a? Zarówno on, jak i inni Prerafaelici z pewnością nie odmówiliby zaproszenia do udziału w orfickich misteriach — choć trudno byłoby im zachować milczenie. Pokusa, by to wszystko uwiecznić na płótnie, okazałaby się zbyt silna!

niedziela, 30 marca 2025

TERROR. ATTYLA, BICZ BOŻY!

Tytuł oryginalny: Terror

n.119 - Attila, flagello di Dio!

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: wrzesień 1979

Scenariusz: Anonim

Grafika: Polls

Skan wydania holenderskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man

Alternatywny projekt okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Nader rychły powrót serii Terror, ponownie w historycznym kostiumie. Tym razem cofamy się w czasie aż do piątego wieku naszej ery, kiedy sporo szumu w Europie narobił niejaki Attyla, władca imponująco rozległego, choć efemerycznego imperium zjednoczonych koczowniczych plemion. Co podkusiło twórców fumetti do wzięcia na warsztat tej akurat postaci, zwłaszcza w ramach serii krążącej wokół tematyki grozy i niesamowitości? To raczej temat dla wydawnictwa o profilu historyczno-przygodowym! Czyżby czynnikiem decydującym była legendarna bezwzględność najsłynniejszego spośród Hunów, gwarantująca fabułę pełną barbarzyńskich okrucieństw, a tym samym wpisującą się w makabryczny profil Terroru?

Jest to najbardziej logiczny wniosek, a rozpoczynająca opowieść krwawa masakra, w której nie oszczędza się nawet ciężarnych kobiet, zdaje się go potwierdzać. Tymczasem rozwój fabuły nieco sprawę komplikuje, w głównej mierze za sprawą tytułowego bohatera, który przeczy ogólnemu wyobrażeniu, jakie o nim mamy. Nietypowy jest już sam jego wygląd. W miejsce śniadego Azjaty z charakterystycznymi długimi, cienkimi wąsami odnajdujemy wojownika o europejskich rysach, na pierwszy rzut oka Gota bądź Germanina. Również pod względem profilu psychologicznego przeczy stereotypowi. Jako przywódca jest nie tylko pragmatyczny, ale i honorowy, dotrzymujący przysiąg i unikający bezsensownego rozlewu krwi. Ma tylko niepohamowany apetyt seksualny, ale tego należy się spodziewać po każdym zdobywcy godnym tego miana, jak również po konwencji fumetti per adulti, która obowiązkowo zawierać musi choć odrobinę świntuszenia.

Skąd zatem ten niekonwencjonalny Attyla? Czyżby scenarzyście zamarzył się epos historyczny o dzielnym barbarzyńskim wodzu, który na polu bitwy skutecznie stawia czoła największej militarnej potędze świata, lecz znacznie bardziej winien obawiać się intryg i zdrady ze strony najbliższego otoczenia? Wódz ten mógłby być chociażby Gotem (oni również zaleźli Rzymianom za skórę!), ale ze względów komercyjnych utożsamiony został z powszechnie rozpoznawalnym Attylą? Niewątpliwie czytelnicy ceniący sobie historyczną dokładność uznają całość za wydumaną, nie mającą wiele wspólnego z relacjami dziejopisarzy, którzy w czasach rzymskich byli wyjątkowo skrupulatni. Pod tym względem bardziej warta uwagi jest na ogół trzymająca się faktów mini-seria Attila… mon amour Jeana-Yvvesa Mittona (który niestety poprzestał tym razem na scenariuszu). Natomiast Attyla formatu kieszonkowego w największym stopniu zadowoli amatorów szekspirowskich tragedii królewskich, których atrakcje najtrafniej podsumował sam Bard w finale Hamleta:

Przyjdzie wam usłyszeć

O czynach krwawych, wszetecznych, wyrodnych,

O chłostach trafu, przypadkowych mordach,

O śmierciach skutkiem zdrady lub przemocy!

HUŃSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

We włoskich produkcjach historycznych Attyla w znacznie większym stopniu odpowiadał popularnym wyobrażeniom na swój temat. W wykonaniu Anthony’ego Quinna był nieokrzesanym, gburowatym brutalem, którego na próżno usiłowała owinąć sobie wokół palca arystokratyczna Sophia Loren. Nie z Hunem te kobiece sztuczki!

poniedziałek, 10 marca 2025

STORIE BLU. MIASTO ZWIERZĄT

Tytuł oryginalny: Storie Blu

n.28 - La città degli animali

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Pierwsze wydanie: wrzesień 1981

Skan edycji francuskiej i dodatkowych stron z edycji włoskiej:

Zapman & Leefirkins (BDtrash)

Cyfrowy retusz: Cyfrowy Baron

Czyszczenie dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Dobra wiadomość dla wszystkich miłośników Storie Blu! Przed Wami jeden z największych eposów w ramach tej serii, gdzie większa objętość stron pozwalała scenarzyście na rozwinięcie skrzydeł i przedstawienie złożonego konceptu. Tym razem punktem wyjścia dla Carmelo Gozzo była jego własna historia, opublikowana kilka lat wcześniej na łamach Terror Blu, w analogiczny sposób łączącego horror i sci-fi, rzecz jasna przyprawione szczyptą erotyki. Znaną także z polskiego przekładu makabreskę o emancypujących się zwierzętach z gospodarstwa domowego można potraktować jako prolog kosmicznej sagi, jaką stało się późniejsze Miasto Zwierząt.

Istnieje tylko jeden szkopuł – akcja Świń z Woonispack rozgrywała się we współczesności, zaś z fabuły Miasta wyraźnie wynika, że od tamtych pamiętnych wydarzeń minęło kilkaset lat. Tymczasem wszyscy ludzcy bohaterowie nadal noszą się jak na początku lat osiemdziesiątych. Ponieważ Gozzo nie raczy wytłumaczyć tej nieścisłości, można uznać ją za niedopatrzenie, co w przypadku pisania scenariuszy na masową skalę jest zrozumiałe. Jednakże istnieje logiczne wytłumaczenie tego czasowego przeskoku, łączące się z często wykorzystywanym przez pisarzy sci-fi paradoksem czasoprzestrzennym. W bezkresnym kosmosie czas płynie innym torem, przyspieszając bądź spowalniając wraz ze stopniem oddalenia od ziemi. I tak przy założeniu, że nasze dni to dla innej planety całe dekady, wszystko ponownie nabiera sensu!

Podobnie jak w przypadku Świń, za stronę graficzną odpowiada Francesco Blanc, chyba najbardziej zapracowany rysownik Ediperiodici. W przypadku tak dużej ilości prac nietrudno o spadek jakości, jednak przy Mieście zdecydowanie się przyłożył. Niewykluczone, że stopień jego zaangażowania wynikał z jakości opracowywanego scenariusza. A trudno o większą motywację dla ilustratora niż opis świata, w którym zwierzęta nie tylko uzyskały ponadprzeciętną inteligencję, ale też dokonały na sobie genetycznych modyfikacji i wzorem człowieka zbudowały całą cywilizację. Czy niedoszłym czworonogom udało się naprawić błędy poczynione niegdyś przez rodzaj ludzki? Już rzut oka na okładkę może nasuwać wątpliwości…

ZWIERZĘCE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Nadanie zwierzętom ludzkich cech w celu demaskacji charakterystycznych dla naszego gatunku przywar to rzecz jasna nic nowego. Już w starożytności był to popularny zabieg, który formę proto-komiksową przybrał pod koniec XVIII wieku, chociażby w pracach brytyjskiego karykaturzysty Jamesa Gillraya.

poniedziałek, 27 stycznia 2025

TERROR. CHIŃSKI RAJ

Tytuł oryginalny: Terror

n.104 - Paradisi cinesi

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1978

Scenariusz: Anonim

Grafika: Xavier Musquera

Skan wydania holenderskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Terror powraca – tym razem w wydaniu orientalnym! Wbrew pozorom nie wszystkie historie prezentowane na łamach tej serii rozgrywały się w tak oczywistych lokacjach jak średniowieczny zamek. Na przestrzeni 216 tomików groza przybierała różne oblicza. Oprócz typowych gotyckich klimatów pojawiały się adaptacje klasyki literackiej (Hamlet), mitów (Epos o Gilgameszu, Król Edyp), tudzież biografie historycznych postaci, najczęściej tych o kiepskiej reputacji (Kaligula, Elżbieta Batory). Wszystko rzecz jasna podkręcone pod względem przemocy i erotyki, choć w przypadku wzięcia na warsztat chociażby wyczynów Gillesa de Rais'a trudno cokolwiek podkręcać, trzeba wręcz stosować ogólniki i elipsy, by rzecz mogła się ukazać! Twórcom zdarzyło się również opuszczać Europę na rzecz innych kontynentów. Taką też zamorską podróż zaproponowali w 104. odsłonie.

Nadarzała się ku tej wyprawie sprzyjająca okazja. Xavier Musquera, zdolny hiszpański rysownik na kontrakcie z Edifumetto, specjalizujący się w tematyce historycznej, otrzymał zlecenie na tomik serii Guerra pt. Rewolta bokserów. Można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, zatrudniając go do drugiej historii, również rozgrywającej się w skolonizowanych Chinach drugiej połowy XIX wieku. Pomiędzy obydwoma tytułami odszukać można sporo podobieństw, na czele z kolorytem lokalnym oraz centralnymi postaciami kobiecymi. Bohaterki Rewolty i Raju wyglądają jak siostry bliźniaczki, choć pod względem charakteru są całkowitymi przeciwieństwami. Miriam to postać pozytywna, nieświadoma tego, ile cierpienia chińskiej ludności sprowadziło panowanie imperium brytyjskiego, tymczasem Emmeline doskonale wie, jak się sprawy mają, i świadomie staje po stronie oprawców. Dla wymiernych korzyści finansowych i zaspokojenia własnego libido...

Jasnowłosa, piękna i pozbawiona moralnych zahamowań Emmeline ma swój słynny literacki rodowód. Jest nim Klara, główna kobieca postać Ogrodu udręczeń (1899), jednego z najsłynniejszych tekstów literatury fin-de-siecle'u. Octave Mirbeau stworzył modelową wręcz postać sadystki o anielskim wyglądzie, którą poszukiwanie ekstremalnych doznań prowadzi aż do Chin, gdzie lokalne władze wciąż urządzają publiczne egzekucje i tortury. Wraz ze swym partnerem, narratorem powieści, Klara udaje się do tytułowego ogrodu, oferującego możliwość przyglądania się okrutnym spektaklom dokonywanym w majestacie prawa. Widzowie muszą przy tym uważać na mięsożerne rośliny, wyrosłe na krwi udręczonych skazańców. Twórcy fumetti musieli znać dzieło Mirbeau, nie zdecydowali się jednak na bezpośrednią adaptację. Ogród zastąpili szklarnią, a w głównej roli męskiej zamiast dekadenta, zafascynowanego zimnym okrucieństwem partnerki, obsadzili szlachetnego doktora, który z całych sił przeciwstawia się „la belle dame sans merci” i jej nieprawościom. Tym niemniej, nie sposób nie myśleć o Chińskim raju jako wariacji na temat najbardziej perwersyjnej fantazji orientalnej, jaką zna literatura!

CHIŃSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Poza pierwszymi dekadami XX wieku, kiedy rozchwytywali go przedstawiciele Młodej Polski, Ogród udręczeń nie stał się w Polsce tekstem kultowym, ani nawet powszechnie znanym. Samego Mirbeau kojarzy się głównie z Dziennika panny służącej. Ten stan rzeczy próbowało zmienić na początku lat 90. Wydawnictwo Alfa. Choć udało się to połowicznie, dzięki inicjatywie warszawskiej oficyny można dziś łatwo odnaleźć książkę na Allegro i dać się skusić „wyrafinowanemu okrucieństwu chińskich tortur”!

niedziela, 15 grudnia 2024

MAFIA. OJCIEC CHRZESTNY NIE ŻYJE

Tytuł oryginalny: Mafia

n.01 - Il Don è morto

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: lipiec 1979

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Franco Verola

Skan oryginalnego wydania: PJP (VintageComix)

Cyfrowa rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man

Czyszczenie dymków: Grifos

Translacja, czyszczenie plansz, wklejanie dymków: Vallaor

Korekta: Aristejo

I oto kolejny czarci kryminał! Kilka ostatnich prezentowanych one-shotów (a mówiąc precyzyjniej, reprezentatywnych tomików wybranych serii) miało zdecydowanie sensacyjny charakter, kontrastujący z gotycyzmem stale powracających tytułów. W istocie kieszonkowe wydawnictwa dla dorosłych cechowała sporo różnorodność, a jedynym wspólnym mianownikiem był nacisk na erotykę. Tym niemniej największą popularnością cieszyły się horrory i kryminały. Fenomen formatu kieszonkowego rozpoczął się od przygód Diabolika, a utrwalił za sprawą jego licznych następców, będących z początku mniej lub bardziej wiernymi kopiami (Kriminal, Killing), a później coraz bardziej samodzielnymi bytami (jak znany już nam Genius – wyglądem imitujący Diabolika, ale stający po stronie wymiaru sprawiedliwości). Centralna postać serii Mafia jest kolejnym etapem ewolucji antybohatera fumetti neri w stronę realizmu. Ten protagonista nie potrzebuje już maskującego kostiumu czy budzącego respekt pseudonimu. Wręcz przeciwnie, nigdy nie zasłania przystojnego oblicza, a jego ksywka ma ironicznie pieszczotliwy charakter.

John „Baby” Lupano to postać, która w klasycznym komiksie amerykańskim mogłaby pełnić rolę wyłącznie czarnego charakteru. Gangster, który odziedziczywszy mafijny tron po tragicznie zmarłym bracie, przemienia się w bezwzględnego bossa, kierującego żelazną ręką przestępczym imperium i stawiającego czoła licznym zagrożeniom, takim jak rywalizujące gangi, dwulicowi politycy czy terroryści. Sympatię czytelników zaskarbia sobie urodą twardzielskiego amanta oraz przestępczym kodem honorowym, lojalnością wobec przyjaciół, jak również szaleńczą odwagą. Czasami tylko na manowce sprowadza go nadto krewki temperament (jak w finale prezentowanej tu historii). Warto zarazem zaznaczyć, że ów nieugięty kodeks nie wyklucza użycia przemocy wobec kobiet, zwłaszcza tych podstępnych i zdradzieckich. Pod tym względem seria jest nieodrodną spadkobierczynią literatury noir, podchodzącej do relacji damsko-męskich bez jakichkolwiek sentymentów.

Powieści sensacyjne wydają się zresztą najistotniejszym punktem odniesienia dla tej serii. Twórcy stawiają na tematy z pierwszych stron gazet, mocno stąpające po ziemi, osadzone w realiach nowoczesnej metropolii, gdzie przestępcze aktywności łączą się z polityką. „Baby” Lupano ma wiele wspólnego z Michaelem Corleone, podejmującym się zarządzania wielkim mafijnym biznesem i przyswajającym bezwzględne reguły gry. Nie bez powodu – Ojciec chrzestny pokazał, że gangsterów niekoniecznie trzeba kontrastować z bohaterami tzw. pozytywnymi, wystarczy dobrze umotywować postaci, które dotychczas pełniły funkcję antagonistów. Powieść Mario Puzo zawierała ponadto sporą dawkę erotyzmu, której zabrakło w adaptacji filmowej, starającej się zminimalizować pulpowe elementy obecne w pierwowzorze. Seria Renzo Barniego i Franka Veroli jawi się jako rewers metody Coppoli, pławiąc się w iście brukowych atrakcjach!

MAFIJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Za stylowe okładki Mafii odpowiada niezrównany Emanuele Taglietti, obsługujący niejedną serię ze stajni Edifumetto. W okresie największego boomu na fumetti potrafił tworzyć dziesięć okładek miesięcznie! Na koncie ma ich ponad 500 i bez wątpienia można założyć, że serie takie jak Zora, Sukia czy Wallestein w dużej mierze zawdzięczały swoją popularność jego mistrzowskim kolażom seksu i przemocy. Każdy tytuł miał swoje okładkowe niezbędniki, w przypadku Mafii niewątpliwie był to wąsaty przystojniak dzierżący w ręku pistolet, karabin, bądź... brzytwę!

poniedziałek, 16 września 2024

WALLESTEIN. SKORPION

Tytuł oryginalny: Wallestein il mostro

Anno I N.03 - Skorpion

Wydawca: Edizioni Segi

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1972

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Mario Cubbino

Skan wydania holenderskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja cyfrowa okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Powrót Wallesteina, znanego w Polsce z jednego opublikowanego oficjalnie epizodu (Zbrodniczy sobowtór, Lettrex, 1992) oraz jednej translacji cyfrowej (Morderca uderza cztery razy, Czarcie Kieszonkowce, 2022). Dwa tomiki, między którymi rozciąga się dystans trzydziestu lat. Na trzeci nie trzeba było tak długo czekać, pojawia się zaledwie dwa lata po Mordercy… Zresztą niewykluczone, że na tym nie koniec, a to za sprawą tytułowego Skorpiona, być może najtrudniejszego przeciwnika, z jakim miał do czynienia bagienny mściciel. Dla tego jadowitego pajęczaka jeden epizod to zdecydowanie za mało!

Antagonista, z którym Wallestein musi się liczyć, jest ewenementem na tle barwnej, ale wymiennej galerii złoczyńców, których na końcu epizodu spotyka przykładna i ostateczna kara. Szef przestępczej organizacji, rozciągającej swe macki na całą Anglię, ma w sobie coś z Ala Capone i doktora Mabuse. Trudno powiedzieć, na ile dorównuje tym geniuszom zbrodni i jak mocno da się jeszcze Wallesteinowi we znaki. Czasami niewiele potrzeba, by zostać nemezis bohatera, jak w przypadku profesora Moriarty’ego, któremu wystarczyło jedno opowiadanie, by na zawsze zapisać się w pamięci czytelników. Wątpliwe, że twórcy komiksu mierzyli ze swoim Skorpionem tak wysoko, tym niemniej zdawali sobie sprawę, że wprowadzenie kryminalisty, którego nie da się z miejsca wykończyć, uczyni serię bardziej intrygującą. Nie ma to jak odwlekanie ostatecznej konfrontacji dla zaostrzenia apetytu!

Jak jadowity powinien być Skorpion? Tak bardzo, jak tylko się da, jeśli ma okazać się godnym przeciwnikiem bohatera o absolutnie bezwzględnym modus operandi. Hrabia Wallestein jest spotworniałym (dosłownie!) następcą zamaskowanych protagonistów klasycznych fumetti neri z lat sześćdziesiątych. Podczas gdy Kriminal i mu podobni ukrywali oblicze pod budzącą grozę maską, on nakłada na własną błotnistą facjatę materiał z jedwabiu, doskonale imitujący ludzką skórę. Budzące grozę są też jego metody rozprawiania się z łajdakami, po których nie zawsze jest co zbierać. Pomimo tego groteskowego sztafażu wydaje się mniej „kontrkulturowy” chociażby od Diabolika, swoimi zuchwałymi kradzieżami raz po raz ośmieszającego organy ścigania. Wobec wyczynów Wallesteina policja jest równie bezradna, ale w głębi duszy cieszy się, że ktoś wyręcza ją w usuwaniu z przestrzeni publicznej niebezpiecznych jednostek. Pod tym względem antybohater Renzo Barbieriego i Mario Cubbino okazuje się wręcz ideałem konserwatystów!

JADOWITE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Tym razem czarnemu charakterowi użyczył oblicza nie aktor, lecz autentyczny gangster, mityczny król podziemia w Chicago lat dwudziestych. Inne miejsce aktywności, ale ten sam sposób działania, styl, może nawet identyczna marka kubańskich cygar?

niedziela, 30 czerwca 2024

KOMIKS JUTRA. KOSMICZNE WIĘZIENIE

Tytuł oryginalny: Fumetti del Futuro

n.14 - Carcere spaziale

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Lorenzo Lepori

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: lipiec 1991

Skan edycji francuskiej i dodatkowych stron z edycji włoskiej:

Leefirkins (BDtrash)

Rekonstrukcja cyfrowa: Old Man

Rekonstrukcja cyfrowa okładki i koncept polskiego tytułu:

Cyfrowy Baron

Czyszczenie dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Tym razem lekko „oszukiwana” premiera. Nie jest to całkiem nowy materiał, lecz reedycja opublikowanej niedawno Asteroidy przeklętych, wzbogacona o kilka retuszy kadrów i kilkanaście nowych plansz. Dotychczas w przypadku funkcjonowania dwóch alternatywnych wersji decydowałem się na jedną, moim zdaniem najlepszą. Często było to po prostu oryginalne wydanie, ale nie zawsze! Na przykład plansze, jakie na potrzeby przedruku Królewskiej czaszki w latach 80-tych dorysował sam Roberto Raviola, są tak udane, że od tamtej pory dla każdego kolejnego wydawcy stanowią integralną część dzieła. Stąd też ich obecność w polskim przekładzie.

Z Asteroidą/Więzieniem sprawa była trudniejsza. Nowe plansze wyglądają perfekcyjnie, zmieniają natomiast profil gatunkowy z pikantnej futurystycznej grozy na futurystyczną grozę porno. Choć przy ukazywaniu przemocy twórcy od początku nie mieli zahamowań, nie było ich pierwotnym założeniem epatować do tego stopnia seksem. Jeśli kilka lat później zmienili zdanie, należałoby rozumieć to nie tyle w kategorii „wersji reżyserskiej”, ile alternatywnej edycji, rozkładającej inaczej akcenty, zgodnie z ówczesnymi upodobaniami spragnionych ostrej erotyki czytelników.

Na tym założeniu opierała się cała seria Fumetti del Futuro, wychodząca w latach 1989-1996 i zamykająca się na 33 numerach, co do jednego będących wznowieniami klasycznych historii z Storie Blu i Terror Blu Doppio. Przy okazji premiery Planety swastyki wspominałem o reedycji hardcore, w której już sama okładka z mocniej roznegliżowaną blondynką wskazuje, w jakim kierunku poszły zmiany. W tamtym przypadku niższy poziom dodatkowych plansz, nie podpisanych zresztą przez Angelo Todaro, automatycznie ustawiał poprzednią wersję jako jedyną wartą uwagi. Podobnie sprawa się miała z Uzurpatorką, gdzie co prawda za „dokrętki” odpowiadał sam Francesco Blanc, lecz wykonując je z nieco mniejszą starannością.

Istniało kilka wariantów "ulepszonych" edycji. Jakko z bloga Groovy Age of Horror wyróżnia trzy podstawowe. Pierwszy, najmniej inwazyjny, polegał na dodawaniu stron, bez ingerencji w oryginalny materiał. W drugim nie poprzestawano na dodatkowych planszach, modyfikując także szczegóły tych oryginalnych (odsłaniając i akcentując wszystkie anatomiczne szczegóły). Trzecia metoda poczynała sobie z pierwowzorem najzuchwalej, znacząco redukując liczbę oryginalnych stron w celu zastąpienia ich pikantniejszymi. Przy takich rewolucjach sens całej historii nie tylko się zmieniał, ale czasami zupełnie ulatniał!

Niezależnie od zabiegów poczynionych w środku tomiku, okładki i tytuły były najczęściej zmieniane tak, aby mocniej zaakcentować erotyczny wymiar historii. I tak Disciplina infernalePiekielna dyscyplina (Storie Viola 1) przekształcała się w Piaceri DiaboliciDiaboliczne Przyjemności (Libidine Blu 4), zaś L’Inferno di RocciaSkalne piekło (Terror Blu 147) ustąpiło miejsca Libidine SelvaggiaDzikiej żądzy! Na tle tych mięsistych przykładów tytuł Kosmiczne więzienie wydaje się wręcz neutralny, należy jednak wziąć poprawkę na popularny wówczas filmowy nurt WIP (Women in Prison), więzienną eksploatację, w którą opowieść Gozzo i Leporiego pomimo całego futurystycznego sztafażu wpisuje się jak ulał.

KOBIECO-WIĘZIENNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Ze względu na brak ograniczeń wiekowych dla tej strony przykładowe plansze zostały optycznie ocenzurowane. Zainteresowanych wypikselowanymi obszarami zachęcam do odwiedzenia stron VintageComix (gdzie wspomniane tomiki są do pobrania) oraz Zero in condotta (gdzie można poczytać je online)!

piątek, 21 czerwca 2024

STORIE BLU. ASTEROIDA PRZEKLĘTYCH

Tytuł oryginalny: Storie Blu

n.09 - L'asteroide dei dannati

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Lorenzo Lepori

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1980

Skan edycji francuskiej i dodatkowych stron z edycji włoskiej:

Leefirkins (BDtrash)

Rekonstrukcja cyfrowa: Old Man

Czyszczenie dymków: Grifos

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Nareszcie one-shot! Trzy regularne serie są tak absorbujące, że znacznie trudniej znaleźć czas na opracowanie czegoś innego. Na dodatek za każdym razem trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy akurat danej historii warto poświęcać czas. Asteroida przeklętych bez dwóch zdań takim wartościowym tomikiem jest, a w rankingu najlepszych odsłon Storie Blu mogłaby liczyć na wysoką pozycję. Duża w tym zasługa całkiem zgrabnego, utrzymującego suspens scenariusza Carmelo Gozzo. Zaskoczeń tu co niemiara, na przykład sam prolog tej futurystycznej opowieści, który rozgrywa się... podczas Rewolucji Francuskiej! Główna bohaterka budzi sympatię i łatwo jej się kibicuje. Chyba sam Gozzo polubił ją bardziej niż większość swoich protagonistek, skazując na nieco mniejsze sponiewieranie psychiczne i fizyczne. Oczywiście dziewczyna z fumetti grozy o mocnych akcentach erotycznych swoje musi wycierpieć, bez względu na sympatię autora!

Scenariusz scenariuszem, ale prawdziwą gwiazdą tomiku jest rysownik, Lorenzo Lepori. Jeden z najzdolniejszych „fummeciarzy”, który z kieszonkowej formy potrafił uczynić dzieło sztuki. Próbkę jego talentu mieliśmy już w Królowej Ciemności, swoistym sequelu opowieści o krwawej hrabinie Bathory. Jednakże porównanie tego tomiku z Asteroidą nie zostawia wątpliwości, że gotyckie atrakcje w rodzaju opuszczonych, spowitych pajęczyną zamczysk nie kręciły go nawet w połowie tak bardzo, jak motywy futurystyczne. Dopiero odmalowując miasta przyszłości, krążowniki międzygalaktyczne, tudzież czasoprzestrzenne portale, czuł się jak ryba w wodzie, poświęcając planowaniu, rozrysowywaniu i dopieszczaniu plansz znacznie więcej czasu, niż tego wymagała norma w obliczonym na masowy przemiał przemyśle komiksowym. Na precyzyjne, bogate w detale grafiki Leporiego patrzy się zawsze z przyjemnością, a gdy towarzyszy im wciągająca historia, trudno nie zacierać rąk na samą myśl o tak wybornej komiksowej uczcie. Obecnie dostępnej także po polsku!

Maestria Leporiego budzi uznanie, zatem trudno zignorować jakikolwiek jej objaw. Chociażby dodatkowe plansze, powstałe na potrzeby reedycji historii w wersji "hard". Rysownik najwyraźniej nie miał nic przeciwko procederowi, przed jakim wzdragał się chociażby Angelo Todaro, którego prace również doczekały się ponownego wydania z dodatkowymi, wypełnionymi ostrą erotyką planszami. Podczas gdy Todaro i wielu innych umywali ręce, zostawiając wykonanie wstawek XXX innym, zazwyczaj znacznie mniej zdolnym kolegom po fachu, Lepori wziął pełną odpowiedzialność również za tę nową, dosadną wersję historii. Dorysowując nowe plansze, zmodyfikował również wiele innych tak, aby zostawiały znacznie mniej niedopowiedzeń w kwestiach anatomicznych. Tym samym również przy nowej edycji osiągnął efekt spójności, niemożliwy w przypadku chałupniczo wykonanych plansz z innych reedycji „hardcore”.

W związku z powyższym miałem problem, na jaką wersję się zdecydować: łagodniejszą czy ostrzejszą? W końcu nie każdy miłośnik horroru sci-fi pragnie być świadkiem ciągnącego się przez kilka stron spółkowania (nie zawsze konsensualnego!). Sam niespecjalnie przepadam za oglądaniem organów płciowych w stanie zbliżenia... chyba że odmalowuje je ktoś tak zdolny jak Magnus, Leone Frollo czy właśnie Lorenzo Lepori! Dlatego też komiks zaprezentowany zostanie nie w jednej, a dwóch wersjach, zgodnie z oryginalną praktyką wydawniczą Ediperiodici. Pierwsza to wydanie oryginalne, czyli 9-ty tomik serii Storie Blu. W następnym poście pojawi się natomiast wersja „poprawiona”, opublikowana pod zmienionym tytułem na łamach Fumetti del Futuro. Ciekawe, która edycja cieszyć się będzie większą popularnością pośród polskich czytelników?

ASTEROIDALNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Nie sposób ukryć, że projektanci wnętrz futurystycznej kolonii karnej czerpali inspirację z prac Philippe Druilleta. Pytanie tylko, jak po upływie setek, a może tysięcy lat udało im się natrafić na albumy akurat tego rysownika? To ci dopiero kosmiczna zagwozdka!

wtorek, 12 marca 2024

GENIUS. W HONGKONGU ŁATWO O ŚMIERĆ

Tytuł oryginalny: Genius

n.09 - Ad Hong Kong si muore facile

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: 5 stycznia 1970

Scenariusz: Kolektyw scenarzystów

Grafika: Milo Manara

Skan oryginalnego wydania: Charles (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Czyszczenie dymków: Grifos

Korekta: Aristejo

Długo, bardzo długo nie gościł na blogu one-shot! Głównym winowajcą jest rzecz jasna Zordon, trzecia regularna seria fumetti per adulti w polskim przekładzie. Nie, żeby atrakcyjnych historii brakowało, jest wręcz przeciwnie i trudno się na jakąś zdecydować! Czy celować w same perełki, obracając się w ścisłym gronie czołowych tytułów, np. Terror, Oltretomba i Storie Blu? Czy wręcz przeciwnie, postawić na różnorodność, umożliwiającą ukazanie bogactwa oferty włoskiego rynku kieszonkowego? A może pójść jeszcze inną drogą: autorską, szukając wśród tuzina mniej lub bardziej sprawnych rzemieślników przyszłych znakomitości europejskiego komiksu, którym cykliczna forma i szybkie tempo publikacji tomików dawały stabilne źródło utrzymania oraz możliwość wyrabiania sobie warsztatu?

Tym razem udało się połączyć drugą i trzecią koncepcję! Genius to bowiem gatunek fumetto, jakiego jeszcze tutaj nie było, a zarazem próbka surowego jeszcze stylu mistrza nad mistrzami, Milo Manary! Jakiś czas temu mieliśmy okazję zapoznać się z one-shotem ilustrowanym przez tego artystę, ukazującym "prawdziwą historię Kuby Rozpruwacza". Genius to dzieło jeszcze wcześniejsze, przypadające na sam początek lat 70. Dla Manary praca nad serią oznaczała rozpoczęcie zmagań z niełatwą materią opowieści obrazkowej. Już w miarę jej ukazywania się dostrzec można większą precyzję kreski i coraz śmielsze zabiegi stylistyczne. Pod sam koniec pracy nad serią widać już wyraźne postępy. Zdecydowałem się jednak na jeden z pierwszych tomików, pozwalający uzmysłowić sobie, że także arcymistrzowie musieli najpierw narysować setki dalekich od doskonałości plansz, popełniając masę błędów, ale też ucząc się stale czegoś nowego. Nie od razu Giuseppe Bergmana narysowano, najpierw trzeba było pomęczyć się z niejakim Geniusem!

Kim właściwie jest Genius? Za tym nieskromnym aliasem skrywa się Lon Flag, agent FBI tropiący przestępców na całym świecie, najczęściej w towarzystwie swojej partnerki, Mirny. Gdy uznaje za konieczne użyć metod wykraczających poza procedury Federalnego Biura Śledczego (notabene już i tak cieszącego się dużymi uprawnieniami!), zakłada czarny obcisły strój i czarną maskę, zmieniając się w Geniusa, bezpardonowego pogromcy zbrodni. Początkowo był protagonistą serii fotonowel, by po kilku latach doczekać się również tytułu komiksowego z prawdziwego zdarzenia. Od innych zamaskowanych protagonistów fumetti neri różni się przede wszystkim staniem po właściwej stronie prawa. Nie jest super-złodziejem jak Diabolik ani super-mordercą jak Killing, tylko twardym jak granit agentem amerykańskim, dla dodatkowego efektu ubierającym się w obcisłe gatki. W sumie nic dziwnego, że nie przetrzymał próby czasu, a jego przygody zakończyły się definitywnie w 1971 roku. Tym niemniej fani Milo Manary, jak też wszyscy zainteresowani historią komiksu, powinni się z nim zapoznać. Oto idealna okazja!

GENIUSZOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Fotonowele (czyli fotoromanzi), na łamach których Genius gościł najdłużej, wydają się obecnie dziwactwem: po co fotografować, skoro wszystko można narysować, oszczędzając na kliszy (zwłaszcza w czasach przed zapisem cyfrowym!), scenografii, dekoracjach, oświetleniu i ekipie aktorskiej? A jednak w latach 60. był to nielichy biznes i znaczący segment rynku “obrazkowego”. Niewątpliwie tym, co przyciągało odbiorców do fotonowel, były pozujące na ich łamach modelki, urodą nie ustępujące nawet bohaterkom rysowanym przez Milo Manarę!

niedziela, 22 października 2023

STORIE BLU. UZURPATORKA

Tytuł oryginalny: Storie Blu

n.13 - L'usurpatrice

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1980

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja cyfrowa: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Powrót Storie Blu, czyli fantastyki naukowej podszytej grozą, bądź też grozy podszytej fantastyką! Jedna z tych serii, których praktycznie każda odsłona ma do zaproponowania jakiś ciekawy pomysł, mający szansę należycie się rozwinąć dzięki słusznej ilości stron. Niestety, również za sprawą obszerności Błękitne historie nie goszczą na blogu zbyt często. Pracy przy nich tyle, co przy dwóch "regularnych" tomikach, a gdy dodamy do tego kiepską jakość większości skanów wyjściowych, wymagającą kompleksowych i czasochłonnych zabiegów rekonstrukcyjnych, narzuca się oczywiste pytanie, czy gra warta jest świeczki? Może lepiej zabrać się za coś objętościowo mniejszego i wdzięczniejszego pod kątem obróbki graficznej, dzięki czemu kolejne czarcie projekty pojawiać się będą z większą regularnością?

Postanowiłem jednak podjąć ryzyko zagrzebania się w jednym tomiku na długie tygodnie! Niekoniecznie motywowały mną wyjątkowe walory estetyczne dzieła, jak miało to miejsce na przykład przy ”baśniach dla dorosłych” Magnusa. Niedopartym impulsem okazał się seans nowego filmu Brandona Cronenberga, który podobnie jak niegdyś jego ojciec odważnie poczyna sobie w domenie horroru science fiction. Infinity Pool, z którym Uzurpatorka rezonuje zaskakująco dobrze, ma wręcz szansę na status dzieła kultowego, do czego przyczynia się zarówno boska Mia Goth w roli głównej, jak też niewątpliwa drapieżność i transgresyjność fabuły. Do obiegu trafiły dwie wersje dostosowane do odpowiednich kategorii wiekowych. Podczas gdy purytańska Ameryka ogląda w kinach R-kę, w "dekadenckich" krajach europejskich, takich jak Niemcy czy Francja, zapoznać się można z wariantem dłuższym i bezwstydniejszym. Niestety, jak dotąd żaden dystrybutor nie pokusił się o sprowadzenie Infinity... na polskie ekrany, tym niemniej bywalcy Nowych Horyzontów mieli okazję do zapoznania się z filmem w wariancie NC-17, czyli w pełnej krasie. Zresztą wyłącznie po godzinie 22:00, jak na prawdziwy „film dla dorosłych” przystało!

Nie wiadomo, jakimi utworami inspirował się Brandon Cronenberg przy tworzeniu scenariusza. Centralny koncept, którego nie sposób wyjawić nie psując ludziom frajdy, pojawiał się w fikcji fantastycznonaukowej już wcześniej. Zapewne także Carmelo Gozzo, pisząc w 1980 roku skrypt do swojego fumetto, miał już za sobą solidną porcję literatury sci-fi na ten sam temat. Tym niemniej obydwaj twórcy wyciągnęli z konceptu bardzo podobne, nihilistyczne, a zarazem nieodparcie logiczne konkluzje. Obaj też postarali się nie wchodzić zanadto w techniczne szczegóły, w słusznym przekonaniu, że nie one są dla odbiorców najciekawsze, a ich samych mogą zdemaskować jako kompletnych laików. Przy czym Croneberg wykpił się zupełnie, unikając jakichkolwiek naukowych wyjaśnień, podczas gdy Gozzo zadbał o racjonalne uzasadnienie ukazanego fenomenu. Czy udało mu się wyjść z zadania obronną ręką? A może poziom absurdu przekroczył dopuszczalne granice, czyniąc całość bardziej śmieszną niż straszną? Odpowiedź na te pytania zależy od indywidualnej wrażliwości czytelnika - zachęcam do dzielenia się wrażeniami! Na pewno warto zmierzyć się z Uzurpatorką, dla której seans Infinity Pool będzie wdzięcznym uzupełnieniem (bądź vice versa!)

UZURPATORSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

PDF (MEDIAFIRE)

Podobnie jak film Cronenberga, komiks Gozzo i Francesco Blanca istnieje w dwóch wersjach, przy czym ta druga powstała nie tyle z szczerej chęci twórców, co z bieżącej potrzeby włoskiego rynku. Cała seria Fumetti del Futuro składała się z reedycji wcześniejszych tytułów, wzbogaconych o dosadniejsze sceny kopulacji. Także nowa okładka odzwierciedla odmienny od pierwotnego punkt ciężkości fabuły…

sobota, 26 sierpnia 2023

TERROR. DANSE MACABRE

Tytuł oryginalny: Terror

n.03 - La danza macabra

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Leone Frollo

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: styczeń 1970

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Paguroselvaggio (VintageComix)

Projekt okładki: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Jedyna sierpniowa translacja, czemu trudno się dziwić! Wakacyjne miesiące nie sprzyjają ślęczeniu nad skanami, zdecydowanie większą frajdę sprawia lektura papierowych tomików na świeżym powietrzu, gdy wdzięcznie świeci słoneczko, a wokół ćwierkają ptaszki. Wielkimi krokami zbliża się jednak szara i smutna jesień, której nieuchronne nadejście warto umilić lekturą klasycznego fumetti grozy! Tym razem wyjątkowo grzecznego, reprezentacyjnego dla wczesnego okresu Terroru: serii, która na przestrzeni lat stała się znacznie śmielsza, podnosząc coraz wyżej poprzeczkę tego, co włoskiemu komiksowi popularnemu godzi się pokazywać. Jednakże w styczniu 1970 roku do włoskich odbiorców trafił tomik odpowiadający najbardziej tradycyjnym gustom, mający szansę spodobać się nawet tym, którzy dekadę wcześniej pomstowali na „deprawujące” magazyny spod szyldu EC Comics.

W tym momencie przyznaję się bez bicia do dokonania ostrej selekcji i wzięcia na warsztat wyłącznie najdłuższej historii z tomiku liczącego ich sobie aż pięć! Wybiórczość ta podyktowana została w pierwszej mierze niewystarczającą mocą przerobową we wspomnianym leniwym okresie wakacyjnym, ale też trzeźwą oceną jakości artystycznej zbioru. Nie bez powodu opowieść z grafiką Leone Frollo wybrano na tytułową. Wśród pozostałych na dłużej w pamięci zostaje tylko Zombi a cottimo, krótka makabreska, w której pewien cwany przedsiębiorca postanawia zatrudnić w swojej fabryce umarlaków jako najtańszą siłę roboczą. Zabawna rzecz, lecz nie do tego stopnia, by zaraz brać ją na warsztat, zwłaszcza że identyczny pomysł doczekał się brawurowego rozwinięcia w opowiadaniu Johna Morressy’ego Pracusie z parku sztywnych (Nowa Fantastyka, 10/93).

Tym samym polska edycja cyfrowa jest pierwszym solowym występem Jeanette, pięknej i tajemnicznej tancerki z Moulin Rouge, której imponującą fizyczność odmalował z maestrią Leone Frollo (niewątpliwie pomógł fakt, że fabuła osadzona została w ulubionym przez niego okresie Belle Époque). Komiks aż prosił się o zupełnie nową obwolutę, nawiązującą bezpośrednio do jego tematyki. W tym celu niezbędna okazała się pomoc wytrawnych speców od grafiki komputerowej. Zdecydowanym faworytem okazała się okładka zaprojektowana przez Old Mana, bazująca na jednej z plansz komiksu, natomiast alternatywne projekty Cyfrowego Barona podziwiać można pod sam koniec tomiku. Zwłaszcza drugi, odważniejszy projekt pasuje jak ulał do fumetti z późniejszych lat, gdy już bez skrępowania epatowano na okładkach atrakcyjną golizną, nierzadko zaczerpniętą z rozkładówek magazynów dla panów. A zatem przed wami klasyczna komiksowa groza w nowej, XXI-wiecznej oprawie!

MŁYNIARSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Zarówno okładka oryginalnej edycji, jak też francuskiego przedruku (gdzie notabene zredukowano ilość historii) nie mają nic wspólnego z treścią, wydając się ogólnymi impresjami na temat motywów gotyckiego horroru. Nie uświadczymy więc w środku numeru ani wstającego z trumny krwiopijcy, ani omdlałego pod szubienicą dziewczęcia...