sobota, 22 sierpnia 2026

NIPPUR Z LAGASZ N°03 - WŁÓCZNIE I PIASEK

Tytuł oryginalny: Nippur di Lagash

03 - Las lanzas y la arena

Oryginalnie opublikowany w:

Argentyński magazyn komiksowy „D’Artagnan”, nr 163

Rok wydania: 1967

Scenariusz: Robin Wood

Grafika: Lucho Olivera

Translacja: Gemini AI, Chat GPT

Korekta przekładu: Vallaor i Aristejo

W trzecim odcinku swych przygód Nippur spotyka piratów z Krety, a choć to wiek brązu, nie różnią się oni zbytnio od tych z XVII-wiecznej Tortugi. Mają inne stroje i uzbrojenie, lecz ich modus operandi praktycznie nie uległ zmianie przez wieki. Zamiast więc niepotrzebnie rozwodzić się nad morskimi łupieżcami, z miejsca odsyłam do samego epizodu, a spragnionych dodatkowej wiedzy zachęcam do lektury rozmowy z Robinem Woodem, scenarzystą Nippura i wielu innych kultowych serii komiksowych. Artykuł Angela Berlangi ukazał się 18 sierpnia 1998 roku w argentyńskim dzienniku Página/12. Jego pierwsza część przedstawia drogę Wooda od ubogiego dzieciństwa i przypadkowego debiutu, po decyzję o porzuceniu etatu i rozpoczęciu nomadycznego życia z maszyną do pisania w plecaku...

PIRACKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

BAWIĆ SIĘ W BOGA, ALE W KOMIKSOWYCH KADRACH - CZĘŚĆ I

To twórca Nippura z Lagasz, Marka, Savaresego, Nieśmiertelnego Gilgamesza, Pepe Sáncheza i całej rzeszy innych postaci, które zapisały się w historii. Niestrudzony globtroter mieszka dziś w Danii, skąd pisze historie publikowane w Argentynie i Europie, a także próbuje swoich sił w scenariuszach telewizyjnych.

Zawrotne tempo jest zazwyczaj podstawą komiksu, a jego własne, szaleńcze tempo przenika życie Robina Wooda, weterana scenariuszy komiksowych, autora Nippura z Lagasz, Czarengo Janczara Dago, Heleny i wielu innych serii. Urodził się w Asunción w Paragwaju w 1944 roku. Dzieciństwo spędził na przemian w tym mieście i w Buenos Aires. W wieku dwunastu lat rzucił szkołę i uciekł z domu. Nie znał swojego ojca, a z irlandzką matką nie układało mu się dobrze („nienawidziliśmy się”). Jego irlandzki dziadek opowiadał mu o swoich przeżyciach podczas I wojny światowej i to właśnie po nim Wood odziedziczył pasję do opowiadania historii.

Mój dziadek i ja jesteśmy shanachies — opowiada. — W każdym irlandzkim pokoleniu jest jeden. To gaelickie słowo określające człowieka, który opowiada historie; odpowiednikiem byłby payador w tradycji gauchos. Kiedy byłem mały, siadałem z kuzynami i przyjaciółmi i opowiadałem im historie, które wcześniej opowiedział mi dziadek. W ten sposób przekazuje się tradycję ustną, a jednocześnie ją upiększa. Nie opowiada się prawdy, tylko jej wersję. To tak jak z ubieraniem się na wyjście: zakłada się koszulę, krawat, garnitur, czyści buty... Nie wygląda się wtedy tak jak na co dzień, tylko ubiera się na wyjście. Z opowiadaniem historii jest tak samo — i człowiek daje się ponieść magii opowiadania.

Od chwili opuszczenia domu aż do rozpoczęcia pracy pisarskiej Wood utrzymywał się z najróżniejszych zajęć: pracował przy wyrębie lasów w Alto Paraná, zmywał naczynia w restauracjach i ewidencjonował karty w fabrykach. Były to trudne czasy — noce spędzał na dworcu Retiro albo w pensjonatach, gdzie w jednym pokoju stało po pięć łóżek. — Przez osiem czy dziesięć lat nie zdejmowałem butów do snu — wyznaje w rozmowie, której udziela Página/12 z Kopenhagi.

Jak udało się panu z tego wyrwać? W podobnych sytuacjach większości ludzi się to nie udaje.

— Mnie uratowała pasja do czytania i pisania. W domu nie było pieniędzy, ale były książki. Dorastałem otoczony książkami, a później, kiedy odszedłem z domu, również czytałem wszystko, co wpadło mi w ręce. W wieku ośmiu lat czytałem Simone de Beauvoir, Hemingwaya... Miałem też szczęście trafić na coś, co dało mi pracę i pieniądze: komiks. Do tego czasu żyłem w skrajnej nędzy.

— Kiedy zaczął pan pisać scenariusze komiksowe?

— Zacząłem przypadkiem, trzydzieści lat temu. Chciałem zostać rysownikiem i zrobiłem kilka kursów, ale nie byłem zbyt dobry. Poznałem faceta, który świetnie rysował, Lucho Oliverę, i razem studiowaliśmy Sumerów. Lucho, który pracował w wydawnictwie Columba, któregoś dnia klął, że scenariusze są beznadziejne. Zaproponował, żebym sam jeden napisał. Napisałem Historia para Lagash, w której pojawiał się facet o imieniu Nippur. W tamtym czasie pracowałem w fabryce w Martínez i dowiedziałem się o publikacji, kiedy zobaczyłem czasopismo w kiosku. Poszedłem do wydawnictwa i powiedzieli mi, że kupują moje scenariusze.

— Jakie postacie pojawiły się po Nippurze?

— Później stworzyłem Jackaroe, Mi novia y yo, Dennisa Martina, Pepe Sáncheza... Po roku pracy dla Columby powiedziałem im, że odchodzę. Miałem za sobą sześć lat pracy w fabrykach. Powiedzieli mi, że mam tam przyszłość, ale chciałem odejść. Zaproponowałem, że będę wysyłał scenariusze pocztą, a oni powiedzieli, że czegoś takiego w wydawnictwie jeszcze nigdy nie było. Ostatecznie, niechętnie, się zgodzili.

Wood zarzucił plecak na ramię, zabrał przenośną maszynę do pisania i wyruszył do Neapolu. Od tamtej pory przemierzył świat i wysyłał swoje scenariusze z najbardziej egzotycznych i różnorodnych miejsc. Był w Londynie, Mongolii, Meksyku, Stambule, Grecji, Portoryko, Barcelonie — podróżując autostopem albo samolotem, pociągiem, statkiem czy samochodem. Co jakiś czas zatrzymywał się na kilka lat. Mieszkał w Kalifornii, w izraelskim kibucu, w Marbelli i Sydney. Choć obecnie mieszka w Danii wraz z żoną i czwórką duńskich dzieci, zaznacza, że nie jest szczególnie rodzinny.

CIĄG DALSZY NASTĄPI...

piątek, 14 sierpnia 2026

ZORDON N°11 - KOŃ TROJAŃSKI

Tytuł oryginalny: Zordon

n.11 – Il cavallo do Troja

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: sierpień 1975

Scenariusz: Ennio Missaglia

Grafika: Bruno Marraffa

Skan wydania włoskiego i francuskiej translacji:

Charles (VintageComix), AtomHic (BDtrash)

Cyfrowa rekonstrukcja: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Przekład: Vallaor

Wstawianie tekstu: Vallaor, Gilotyna_123

Korekta: Aristejo

Trudno wymarzyć sobie bardziej sprzyjające okoliczności do publikacji tomiku pod tytułem Koń trojański! Świat oszalał na punkcie najnowszej adaptacji Odysei, od kilku tygodni bijącej frekwencyjne rekordy. Sam wybieram się na film w najbliższych dniach, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć, na ile spełni moje oczekiwania. Wszyscy zgadzają się, że to spektakl imponujący wizualnie, wręcz zapierający dech w piersiach, tak że wskazany jest seans w IMAX. Po premierze przycichły też emocje związane z kontrowersyjnym castingiem, będące najwyraźniej elementem strategii marketingowej, rozgrzewając Internet do czerwoności miesiące przed premierą. Obecnie najważniejsze pytanie dotyczy motywacji stojącej za twórcą – w jakim celu sięgnął akurat po ten tekst kultury i jakie przesłanie w nim wyeksponował.

Niewykluczone, że o swoich wrażeniach z kina napiszę przy okazji publikacji kolejnej odsłony serii, bowiem na ostateczną konkluzję wątku trojańskiego przyjdzie jeszcze poczekać. Póki co czekają nas kolejne rewelacje dotyczące przebiegu wojny trojańskiej, zadające kłam przekazywanej od tysiącleci wersji wypadków. I to na bardziej fundamentalnym poziomie niż uczynienie z Heleny osoby czarnoskórej, co do niedawna było największym zastrzeżeniem wobec filmu Christophera Nolana. W Zordonie nic nie jest takie, jakim się wydaje, począwszy od samych przyczyn konfliktu. Zarazem zachowane zostają pozory mające na celu przedstawienie agresji greckich państw na Troję jako moralnie uzasadnionej, wynikającej ze szlachetnych pobudek. Nie mniejsze zaskoczenie związane będzie z tytułowym koniem trojańskim, który przeszedł do legendy jako genialny podstęp, lecz obecnie wydaje się nam bardzo ryzykowny. Trojanie mieli powody, by nie ufać nękającym ich od dekady Grekom. Czy tak wytrawny strateg jak Odyseusz postawiłby wszystko na jedną kartę, ryzykując całkowite fiasko?

Nie zdradzając nic więcej z przebiegłych planów Odysa, warto zauważyć, że twórcy nie przepisują tej postaci na nowo. Podobnie jak w antycznym micie, jest to zdecydowanie najbardziej inteligentny i pomysłowy spośród greckich dowódców. A może nawet bardziej, zważywszy na fakt, że pretekst do rozpoczęcia wojny wychodzi w komiksie od niego. Homer zapewne nie pochwaliłby sposobu przedstawienia Olimpijczyków (również oni skrywają pewien brzydki sekret), lecz względem Odysa nie miałby zastrzeżeń. Mitologiczni herosi bynajmniej nie byli kryształowi, a podczas wojny kierowali się bardziej skutecznością niż szlachetnością, nie czyniąc sobie z tego wyrzutów. I trochę obawiam się, że w celu przybliżenia Odyseusza do współczesnych standardów moralnych jego nowe ekranowe wcielenie może być ogarnięte wyrzutami sumienia po podłożeniu Trojanom przysłowiowej świni (tzn. drewnianego konia) i czynnym udziale w splądrowaniu ich miasta. Grecki wojownik ze stresem pourazowym to niezbyt zachęcająca wizja!

TROJAŃSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Najciekawszy z dotychczasowych filmowych koni trojańskich pojawił się w Troi (2004) Wolfganga Petersena. Realizatorzy wyszli z całkiem słusznego wniosku, że jedynym budulcem, jakim mogli dysponować Grecy na plaży, były drewniane elementy rozebranych i spalonych okrętów. Na ekranie wyraźnie widać, że owa monstrualna konstrukcja składa się z powiązanych linami kadłubów i desek. W rzeczywistości mierzący ponad 12 metrów rekwizyt powstał ze stali oraz włókna szklanego imitującego postarzone drewno. Jak widać – na ekranie nic nie jest tym, czym się wydaje!

niedziela, 19 lipca 2026

LUCIFERA N°30 - UFF, JAK GORĄCO!

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.30 - Ahimè, come brucia!

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: 4 stycznia 1974

Scenariusz: Remo Pizzardi, Furio Arrasich

Grafika: StudiOriga

Skan wydania holenderskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Grifos

Wstawianie tekstu: Gilotyna_123

Przekład z języka holenderskiego:

Vallaor (ze wsparciem Translatora Google)

Korekta: Aristejo

Na pierwszy rzut oka jest to kolejny tomik serii, w którym dzieje się całkiem sporo, ale nic przełomowego. Mamy wręcz wrażenie, że twórcom przestało się spieszyć i na konkluzję różnych wątków przyjdzie nam jeszcze poczekać. A jednak ten konkretny tytuł miał dla mnie znaczenie wręcz fundamentalne, stając się inspiracją do podjęcia amatorskiej działalności translatorskiej. Otóż był to pierwszy odcinek dostępny w sieci wyłącznie w języku holenderskim, co zresztą nie uległo zmianie do tej pory. Męcząc się z mechanicznym przekładem kolejnych stron, wklejanym do Translatora Google (pomoc Sztucznej Inteligencji była jeszcze pieśnią przyszłości), doszedłem do wniosku, że gra jest niewarta świeczki, jeśli nie zostanie po niej nic trwałego. A czymś takim może być polska wersja językowa – nie jednego tomiku, ale całej serii od samych jej początków.

Po ukończeniu mozolnego przekładu 30. tomiku odłożyłem Luciferę, wracając do niej kilka miesięcy później już w charakterze translatora. Założony z tej okazji blog miał początkowo nosić nazwę Lucifera Project, jednak ambicja popularyzatora fumetti skłoniła mnie do zajęcia się również serią, z którą mierzyłem się już w przeszłości, nie dysponując jednak kompletnym zestawem skanów. Z biegiem czasu repertuar prezentowanych translacji rozrósł się znacząco, wciąż jednak podstawą pozostają przygody dwóch belles dames sans merci, Lucifery i Zory.

Obecnie dotarłem do etapu, w którym dalsze losy obydwu są dla mnie tajemnicą, odkrywaną etapami wraz z przekładem kolejnych tomików. W przypadku Zory nie ma to jednak aż tak wielkiego znaczenia. Jej przygody mają charakter epizodyczny i nieznajomość nawet kilkudziesięciu wcześniejszych historii nie psuje przyjemności z lektury. Obie serie różnią się jednak zasadniczo sposobem prowadzenia fabuły. Losowo zdobyte dalsze tomiki Lucifery wprawiały głównie w zakłopotanie poziomem komplikacji intrygi, trudnej do ogarnięcia bez znajomości całości. W konsekwencji trudno nawet ustalić, do jakiego momentu tytuł ten jest wart uwagi. Zora Wampirzyca właściwie do samego końca pozostała przyjemną lekturą, nawet wówczas, gdy erotyczny aspekt jej przygód zaczął dominować. Czy ta sama sztuka uda się kruczoczarnej diablicy? Pozostaje przekonać się wraz z następnymi odsłonami serii!

Mam nadzieję, że w tej podróży nadal towarzyszyć mi będzie niezastąpiony zespół współpracowników, bez których polska wersja nigdy nie osiągnęłaby obecnego kształtu. Aristejo – z nieocenioną skrupulatnością wyłapujący błędy i nieścisłości przekładu, Cyfrobar – tchnący nowe życie w oryginalne skany, Grifos – z niezwykłą cierpliwością czyszczący plansze i dymki, a także debiutujący na czarcich łamach Gilotyna_123, odpowiedzialny za skład tekstu w dymkach. Każdy z nich wnosi do tego projektu swój talent i czas, dzięki czemu końcowy efekt jest znacznie lepszy niż ten, który mógłbym uzyskać sam. Many happy returns!

ROZGRZANE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Karzeł trefniś, który w niecnych celach przebiera kogoś w skórę zwierzęcia, może mieć swój pierwowzór w tytułowym bohaterze słynnego opowiadania Edgara Allana Poe pt. Żabi skoczek (Hop-Frog, 1849). Historia ta doczekała się polskiej adaptacji obrazkowej, opublikowanej w pierwszym numerze magazynu Fan. Dla niepoznaki zamieniony został tytuł, zaś autorzy nawet nie zająknęli się o literackim pierwowzorze. Tak czy inaczej, w finale tej opowieści jest jeszcze goręcej niż w 30. tomiku Lucifery!

niedziela, 12 lipca 2026

Czarny Rycerz (One-shot)

Tytuł oryginalny: A Fekete Lovag

Oryginalna publikacja:

Węgierski magazyn młodzieżowy „Pajtás”

numery 24–43, 1968 rok.

Scenariusz: József Hunyady

Grafika: Zórád Ernő

Rekonstrukcja cyfrowa i skład: Vallaor

Translacja: Chat GPT & Gemini AI

Korekta przekładu: Vallaor i Aristejo

Przed Wami kolejny monumentalny Gazetowiec! Czarny Rycerz to komiksowa adaptacja jednej z najważniejszych węgierskich powieści dla młodzieży autorstwa Józsefa Hunyadyego. Wydane w 1959 roku dzieło kształtowało edukację patriotyczną kilku pokoleń Węgrów, stając się filarem tamtejszego kanonu literatury przygodowej na równi z legendarnymi Gwiazdami Egeru. Osadzona w XV wieku fabuła śledzi losy osieroconego podczas tureckiego najazdu chłopca imieniem Küsgergő, który trafia pod skrzydła Jana Hunyadyego. Na zamku Vajdahunyad poznaje smak przyjaźni, miłości i zdrady, a kulminacją jego licznych przygód jest udział w legendarnej obronie Belgradu w 1456 roku.

Przełożenie obszernej, wielowątkowej powieści na język komiksu wymagało sporej zręczności. Scenariusz sprawnie wyodrębnia kluczowe wydarzenia, ogranicza liczbę postaci drugoplanowych i koncentruje się na dojrzewaniu głównego bohatera – od prostego chłopca do nieustraszonego wojownika. O sile adaptacji decyduje jednak przede wszystkim kunszt Ernő Zóráda. Artysta z niezwykłą dbałością studiował uzbrojenie, stroje i architekturę XV wieku, tworząc plansze imponujące historycznym realizmem, filmowym kadrowaniem i rozmachem scen batalistycznych.

Tak jak w przypadku Michała Strogowa, poprzedniej pracy Zóráda zamieszczonej na blogu, nie jest to krótki one-shot, lecz miniseria, która za sprawą swych rozmiarów (40 stron!) z powodzeniem funkcjonować może jako odrębny album. O ile jednak zaprezentowane wydanie Strogowa odcinało się od swoich prasowych korzeni, o tyle tutaj wyraźniej czuć gazetowy klimat. Skany pochodzą bezpośrednio z magazynu Pajtás. Choć ich jakość poprawiono, nie była to pełna rekonstrukcja cyfrowa, dzięki czemu zachowany został urok pierwotnego druku. Na potrzeby cyfrowej edycji zbiorczej usunięto jedynie zbędne wstawki "ciąg dalszy nastąpi", a epizody przemianowano na rozdziały.

Choć gęsta, klasyczna narracja i duże zagęszczenie wydarzeń wymagają od czytelnika większego skupienia, wysiłek ten szybko zostaje wynagrodzony. Czarny Rycerz to nie tylko ważny rozdział historii madziarskiego komiksu, lecz przede wszystkim popis ponadczasowego rzemiosła Ernő Zóráda. Dzięki niezwykłej dokumentacji i filmowej wyobraźni tego artysty ta epicka opowieść potrafi także i dziś porwać czytelnika w wir burzliwej historii Węgier!

RYCERSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

W Czarnym Rycerzu pięknością spod pędzla Zóráda jest Anulka Kocogó, dla której bohater traci głowę i naraża się na wiele niebezpieczeństw. Na dorodną córkę zarządcy zamku ma również chrapkę amoralny panicz Boromissza - taki węgierski odpowiednik Bogumiła Radziwiłła z Potopu - który nie omieszka grać nieczysto w rywalizacji o jej rękę!

wtorek, 30 czerwca 2026

ZORA WAMPIRZYCA N°31 - BAL TOPIELCÓW

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie III n.04 – Il ballo degli annegati

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 22 luty 1974

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Charles (VintageComix)

Czyszczenie plansz i dymków: Vallaor

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Cyfrowa korekta okładki: Cyfrowy Baron

Korekta: Aristejo

Po kilku epizodach, w których pierwsze skrzypce grała Frau Murder, panna Pabst znów wysuwa się na prowadzenie. Przyznajmy, że czarnowłosej wampirzycy należy się odpoczynek po tym, jak bezustannie wpadała z deszczu pod rynnę. Czas, by zmoczyła się także Zora – i to dosłownie! Zmysłowej blondynce było ostatnio aż za wygodnie w spokojnej Sofii; nawet okazjonalne nocne eskapady uchodziły jej płazem. Oczywiście, kiedy tylko zatęskni za przygodą, dostanie ją z nawiązką – tym razem za sprawą katastrofy na morzu. Jako jedyna ocalała, ze zdumieniem odkrywa, że potrafi oddychać pod wodą, po czym trafia na tytułowy bal topielców… O dziwo, jej spotkanie z wystrojonymi truposzami doczeka się racjonalnego uzasadnienia. Choć jeszcze na początku tego samego epizodu byliśmy świadkami autentycznej konwersacji Frau Murder z widmem, w przypadku Zory chodzi o coś zupełnie innego. To fabularna zmyłka prowadząca do prawdziwej rewelacji tego tomiku.

W tym momencie lojalnie ostrzegam – pojawią się spoilery! Szkoda byłoby jednak nie wspomnieć o tak niezwykłym koncepcie, jak podwodne miasto Amazonek. Co porabiają nieustraszone wojowniczki na dnie oceanu? Choć można było się spodziewać, że prędzej czy później staną na drodze Zory, naturalnym środowiskiem wydawała się dla nich dżungla – z Puszczą Amazońską na czele. Tymczasem dno morskie kojarzy się raczej z syrenami (do których póki co większe szczęście miała Lucifera, patrz 19. epizod jej przygód) tudzież z nimfami z celtyckich legend.

I to właśnie te ostatnie zdają się najmocniej inspirować scenarzystę. Walijskie Jeziorne Kobiety (Gwragedd Annwn) zamieszkiwały królestwa na dnach najgłębszych akwenów. Niektóre wychodziły na ląd i wiązały się ze śmiertelnikami, jednak pod surowymi warunkami. W legendach mężczyźni nieopatrznie łamali te reguły, co skutkowało bezpowrotnym odejściem ukochanej w głębiny. W kwestii relacji damsko-męskich Amazonki z komiksu są jednak znacznie bardziej radykalne: uznają drugą płeć nie tylko za brzydką, ale i złą, całkowicie unikając z nią kontaktu. Nic dziwnego, że nawet nie myślą o wyściubianiu nosa na powierzchnię.

Twórcy komiksu ciekawie grają też samym mitem założycielskim. W starożytnych podaniach rytuał amputowania piersi miał zwiększać sprawność bojową Amazonek przy strzelaniu z łuku. W interpretacji autorów komiksu to okaleczanie ma zupełnie inny cel: ma wybić wojowniczkom z głowy potencjalne amory. Dlaczego zakaz miłosnych relacji jest dla tej podwodnej społeczności tak kluczowy, że wolą się oszpecić, niż mu ulec? I czemu samo pojawienie się Zory zagraża ich egzystencji? Tego już nie zdradzę. Warto przekonać się o tym podczas lektury, a po jej zakończeniu podumać nad tym, jak niebezpieczna potrafi być miłość!

TOPIELCZE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Właściwie nie powinienem się dziwić podwodnej siedzibie kobiecych wojowniczek. Film Amazonki z Księżyca (1987) pokazuje, że potrafią one skolonizować każdą przestrzeń, także pozaziemską. I radzą sobie bardzo dobrze, dopóki nie rozproszy ich ktoś z zewnątrz - w przypadku filmu Johna Landisa kilku atrakcyjnych kosmonautów!

poniedziałek, 22 czerwca 2026

NIPPUR Z LAGASZ N°02 - NOFRETAMON

Tytuł oryginalny: Nippur di Lagash

02 - Nofretamón

Oryginalnie opublikowany w:

Argentyński magazyn komiksowy „D’Artagnan”, nr 158

Rok wydania: 1970

Scenariusz: Robin Wood

Grafika: Lucho Olivera

Translacja: Gemini AI, Chat GPT

Korekta przekładu: Vallaor i Aristejo

Drugi tom przygód Nippura – w pełnym kolorze! O ile pierwszy epizod służył za origin story, o tyle ten jest już pełnokrwistą, samodzielną przygodą, wierną wszelkim regułom gatunku. Refleksyjny twardziel Nippur oraz jego mniej skłonny do rozmyślań, za to potężnie umięśniony kompan, Ur-El, po opuszczeniu Lagasz kierują się prosto do Egiptu. Dzięki protekcji wysoko postawionego znajomego trafiają na dwór sędziwego faraona Senrusetta. Władcę na tym etapie życia interesuje już właściwie tylko jedno: wzniesienie monumentalnego grobowca. Ta fiksacja nie podoba się jednak części arystokracji, a zwłaszcza generałom, którzy rwą włosy z głowy na widok gnuśniejącej, niehartowanej w bojach armii. Nic dziwnego, że w końcu dochodzi do skrytobójczego zamachu. Na nieszczęście dla spiskowców, Nippur i Ur-El swoją interwencją krzyżują im plany. Czy jednak zamachowcy dadzą za wygraną po jednej porażce? I jaką rolę w pałacowej intrydze odegra zniewalająco piękna córka władcy, Nofretamon?

Na odpowiedzi nie przyjdzie nam długo czekać, jako że cała intryga zamyka się na zaledwie dwudziestu stronach. Na szczęście Robin Wood potrafi wycisnąć z tego skromnego metrażu absolutne maksimum, unikając przy tym przeładowania kadrów tekstem. Znalazło się tu nawet miejsce na całostronicowy kadr z piramidą in statu nascendi, co genialnie podkreśla jej monumentalizm. Czy to już jednak pokaz pełni możliwości Lucho Olivery? Zdecydowanie nie! Na jego najwspanialsze plansze w ramach tej serii przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać. Włoscy wydawcy, z niecierpliwości, bądź też z obawy przed chłodnym przyjęciem fanów, pominęli zresztą kilkanaście pierwszych rozdziałów, zaczynając publikację od odcinków dopracowanych graficznie do perfekcji. Przez to przeszłość bohatera oraz tytułowe Lagasz pozostały dla czytelników z Italii owiane jeszcze większą tajemnicą...

A jak przedstawia się kwestia historycznej autentyczności egipskiego epizodu? To raczej barwna synteza starożytnego Egiptu niż wierna adaptacja kronik. Zarówno sędziwy faraon, jak i jego piękna córka to postacie fikcyjne, choć posiadające wyraźne historyczne pierwowzory. Senuseret I, jeden z najpotężniejszych władców XII dynastii, rządził przez blisko 45 lat na przełomie XX i XIX wieku p.n.e. Egipt zawdzięcza mu ogromny rozkwit gospodarczy i kulturalny, choć egiptologia nie przypisuje mu budowy żadnego legendarnego grobowca. W imieniu jego matki, Nefritachenen, dopatrzyć się można inspiracji dla imienia Nofretamon, jednak w przypadku komiksowej księżniczki kluczowe jest połączenie członów „nofret” (piękna) oraz „Amon” (imię boga słońca). Zważywszy na to, jak wiele królewskich imion zaczynało się od przedrostka „nefert” – z Nefertiti na czele – można założyć, że zniewalająca uroda była wpisana w ich królewski tytuł!

EGIPSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Jak widać na załączonych przykładach, odcinek ten mógł wyglądać zupełnie inaczej, bardziej współcześnie. Mocno zastanawiałem się nad taką opcją, świadomy, że archaiczna oprawa graficzna może odstraszyć niektórych czytelników (choć z drugiej strony: czego tacy właściwie szukają na blogu z komiksowymi starociami?). Wprowadzenie nowej, żywej kolorystyki początkowo wydawało się świetnym pomysłem, ale niestety okazało się strzałem w płot...

Na obecnym etapie rozwoju AI potrafi wprawdzie wygenerować piękny obrazek od zera, lecz zupełnie nie radzi sobie z poszanowaniem oryginalnej kreski. Sztuczna inteligencja bywa wręcz nazbyt kreatywna i po prostu nie potrafi się powstrzymać, by czegoś po swojemu nie „ulepszyć”. W efekcie porównanie kadrów Lucho Olivery z wersją zmodernizowaną zamienia się w zabawę typu „znajdź sto szczegółów”. Udanych łowów!

niedziela, 7 czerwca 2026

TERROR SPECIAL. CIERNISTY KWIAT NIEŚMIERTELNOŚCI

Tytuł oryginalny: Terror Special

n.21 - Il fiore spinoso dell'immortalità

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1987

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Skan wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja plansz i okładki: Old Man, Cyfrowy Baron

Czyszczenie plansz i dymków: Vallaor

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Czas na epos nad eposami, najstarszy w historii ludzkości! Pod tajemniczym, „kwiecistym” tytułem Ciernisty kwiat... kryje się adaptacja słynnego Eposu o Gilgameszu. Komiksowy pierwowzór został spisany na tabliczkach w pierwszej połowie drugiego tysiąclecia przed naszą erą, choć powstał zapewne tysiąc lat wcześniej. To dzieło słynne, ale głównie z nazwy. Nawet na studiach humanistycznych unika się jego omawiania, zaczynając przygodę z literaturą dopiero od poematów homeryckich. Być może kultura, której wytworem były losy Gilgamesza, jest już tak odległa, że rzadko zalicza się ją do kanonu kultury europejskiej. A przecież śmiało można mówić o podwalinach, bez których nie byłoby późniejszych wielkich narracji z Iliadą i Odyseją na czele.

Wzięcie przez Carmelo Gozzo na warsztat takiego tekstu to znakomite posunięcie. Z jednej strony odbiorcy są ciekawi samej historii, choć nie na tyle, by sięgnąć po jej akademicki, "tabliczkowy" przekład, który dla masowego czytelnika jest za mało atrakcyjny. Z drugiej strony, nikła znajomość fabuły wśród odbiorców dawała twórcom ogromną swobodę i możliwość popuszczenia wodzy fantazji. Scenopisarze pozytywnie jednak zaskakują: zamiast wymyślać niestworzone historie, starają się wiernie trzymać oryginalnej narracji. Dodają jedynie obowiązkową dawkę pikanterii - na tyle dużą, że wydanie francuskie zostało odchudzone o ponad pięćdziesiąt zbyt odważnych plansz! Jednak nawet dosadne potraktowanie relacji damsko-męskich idealnie współgra z surowym charakterem opowieści o czasach, w których pojęcia kurtuazji i przyzwoitości dopiero się formowały.

Narracja Gozzo jest dynamiczna i potoczysta, zaś Francesco Blanc wyjątkowo przyłożył się do warstwy graficznej, co w jego przypadku jasno dowodzi prestiżu całego projektu. Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najlepszych odsłon linii Terror Special, której sama nazwa sugeruje jakość wyższą od standardowej. Jak widać, seria ta nie ograniczała się do klasycznego horroru, chętnie biorąc na warsztat również „krwiste” narracje historyczne.

Epickość w tym przypadku nie ograniczyła się niestety do samej opowieści. Spektakularnym wyzwaniem okazało się również przygotowanie komiksu do polskojęzycznej publikacji cyfrowej! Stan zachowania oryginalnych skanów pozostawiał wiele do życzenia, a praktycznie każda plama i zabrudzenie na stronach wymagały ręcznej, benedyktyńskiej pracy. Cyfrowa rekonstrukcja plansz była zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Tylko ogromny szacunek dla kulturowej wartości Eposu o Gilgameszu sprawił, że nie dałem za wygraną. Po wielu miesiącach żmudnej pracy z dumą przedstawiam Wam ten monument fumetti per adulti!

EPICKIE LINKI

MEGA (CBR)

MEGA (PDF)

Oryginalna tabliczka z fragmentem Eposu o Gilgameszu ze zbiorów British Museum, na widok której oddycham z ulgą. Zabrudzone i krzywe skany fumetto to pikuś, prawdziwą przeprawę mieli archeolodzy z opracowaniem tego akadyjskiego zapisu. Jak się w tym wszystkim rozczytać, jak odtworzyć brakujące fragmenty? Chapeau bas dla wszystkich zaangażowanych!