Tytuł oryginalny: Zordon
n.11 – Il cavallo do Troja
Wydawca: Ediperiodici
Rok pierwszego wydania: sierpień 1975
Scenariusz: Ennio Missaglia
Grafika: Bruno Marraffa
Skan wydania włoskiego i francuskiej translacji:
Charles (VintageComix), AtomHic (BDtrash)
Cyfrowa rekonstrukcja: Cyfrowy Baron
Czyszczenie plansz i dymków: Grifos
Przekład: Vallaor
Wstawianie tekstu: Vallaor, Gilotyna_123
Korekta: Aristejo
Trudno wymarzyć sobie bardziej sprzyjające okoliczności do publikacji tomiku pod tytułem Koń trojański! Świat oszalał na punkcie najnowszej adaptacji Odysei, od kilku tygodni bijącej frekwencyjne rekordy. Sam wybieram się na ten film w najbliższych dniach i nie jestem więc w stanie powiedzieć, na ile spełni moje oczekiwania. Wszyscy zgadzają się, że to spektakl imponujący wizualnie, wręcz zapierający dech w piersiach, tak że wskazany jest seans w IMAX. Po premierze przycichły też emocje związane z kontrowersyjnym castingiem, będące najwyraźniej elementem strategii marketingowej, rozgrzewając Internet do czerwoności miesiące przed premierą. Obecnie najważniejsze pytanie dotyczy motywacji stojącej za twórcą – w jakim celu sięgnął akurat po ten tekst kultury i jakie przesłanie w nim wyeksponował.
Niewykluczone, że o swoich wrażeniach z kina napiszę przy okazji publikacji kolejnej odsłony serii, bowiem na ostateczną konkluzję wątku trojańskiego przyjdzie jeszcze poczekać. Póki co czekają nas kolejne rewelacje dotyczące przebiegu wojny trojańskiej, zadające kłam przekazywanej od tysiącleci wersji wypadków. I to na bardziej fundamentalnym poziomie niż uczynienie z Heleny osoby czarnoskórej, co do niedawna było największym zastrzeżeniem wobec filmu Christophera Nolana. W Zordonie nic nie jest takie, jakim się wydaje, począwszy od samych przyczyn konfliktu. Zarazem zachowane zostają pozory mające na celu przedstawienie agresji greckich państw na Troję jako moralnie uzasadnionej, wynikającej ze szlachetnych pobudek. Nie mniejsze zaskoczenie związane będzie z tytułowym koniem trojańskim, który przeszedł do legendy jako genialny podstęp, lecz obecnie wydaje się nam bardzo ryzykowny. Trojanie mieli powody, by nie ufać nękającym ich od dekady Grekom. Czy tak wytrawny strateg jak Odyseusz postawiłby wszystko na jedną kartę, ryzykując całkowite fiasko?
Nie zdradzając nic więcej z przebiegłych planów Odysa, warto zauważyć, że twórcy nie przepisują tej postaci na nowo. Podobnie jak w antycznym micie, jest to zdecydowanie najbardziej inteligentny i pomysłowy spośród greckich dowódców. A może nawet bardziej, zważywszy na fakt, że pretekst do rozpoczęcia wojny wychodzi w komiksie od niego. Homer zapewne nie pochwaliłby sposobu przedstawienia Olimpijczyków (również oni skrywają pewien brzydki sekret), lecz względem Odysa nie miałby zastrzeżeń. Mitologiczni herosi bynajmniej nie byli kryształowi, a podczas wojny kierowali się bardziej skutecznością niż szlachetnością, nie czyniąc sobie z tego wyrzutów. I trochę obawiam się, że w celu przybliżenia Odyseusza do współczesnych standardów moralnych jego nowe ekranowe wcielenie może być ogarnięte wyrzutami sumienia po podłożeniu Trojanom pzysłowiowej świni (tzn. drewnianego konia) i czynnym udziale w splądrowaniu ich miasta. Grecki wojownik ze stresem pourazowym to niezbyt zachęcająca wizja!
TROJAŃSKIE LINKI:Najciekawszy z dotychczasowych filmowych koni trojańskich pojawił się w Troi (2004) Wolfganga Petersena. Realizatorzy wyszli z całkiem słusznego wniosku, że jedynym budulcem, jakim mogli dysponować Grecy na plaży, były drewniane elementy rozebranych i spalonych okrętów. Na ekranie wyraźnie widać, że owa monstrualna konstrukcja składa się z powiązanych linami kadłubów i desek. W rzeczywistości mierzący ponad 12 metrów rekwizyt powstał ze stali oraz włókna szklanego imitującego postarzone drewno. Jak widać – na ekranie nic nie jest tym, czym się wydaje!

