sobota, 21 maja 2022

ZORA WAMPIRZYCA N°9 - WZROK, KTÓRY ZABIJA

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.3 - Lo sguardo che uccide

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 9 marzec 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Zora La Vampira i Zara La Vampire były na początku bliźniaczymi bytami, różniącymi się wyłącznie w wartwie tekstowej (francuska była bardziej kwiecista). Od dziewiątej odsłony dostrzec można różnice - zdecydowanie na niekorzyść edycji francuskiej! Publikacja "Le regard qui tue" w lipcu 1976 roku inicjuje brzydką praktykę redaktorów Elivifrance, ingerujących w treść tomików poprzez wycinanie poszczególnych kadrów i całych plansz. Haniebny proceder tłumaczył się dążeniem do uszuplenia opowieści (więcej stron numeru mogło wówczas posłużyć reklamie innych tytułów), jak również próbą obłaskawienia obrońców moralności, patrzących spode łba na komiks o zmysłowej krwiopijczyni.

Do niedawna łudziłem się, że początek edytorskich cięć rozpoczął się później, na przykład wówczas, gdy zwiększona została objętość tomików (w których dwa włoskie oryginały mogły zmieścić się wyłącznie po uprzednim "odchudzeniu"), a może wtedy, gdy przygody wampirzycy stały się naprawdę pikantne. Tymczasem nożyce poszły w ruch znacznie, znacznie wcześniej... Quelle horreur! - jak zakrzyknęli zapewne wszyscy czytelnicy znad Sekwany, porównując swoje tomiki z oryginalnymi. Na szczęście podczas tworzenia fanowskiej edycji cyfrowej miałem możliwość korzystania ze skanu włoskiego, gdzie żadnej planszy nie brakuje!

A teraz najwyższy już czas na obiecany przed miesiącem wywiad z nieodżałowanym Birago Balzano.

Birago, opowiedz nam o swojej bohaterce.

Pomysłem wyjściowym była Jacula (komiksowa wampirzyca z wydawnictwa Ediperiodici - przyp. tłum.). Plan wydawniczy Edifumetto zakładał stworzenie jej odpowiednika. Jednak wraz z kolejnymi numerami Zora nabierała coraz mocniej zdefiniowanej, oryginalnej tożsamości. Plansza w kieszonkowym formacie tomików była tradycyjnie podzielona poziomo: ja preferowałem podział pionowy, podkreślający sylwetkę pięknej wampirzycy. Lubiłem też unowocześniać jej wygląd. Pomimo że akcja osadzona jest w XIX wieku, często ubierałem ją w dżinsy i krótkie spodenki, co zwiększało erotyczny ładunek zawarty w postaci. W istocie seria starała się być "nienagannie" erotyczna, nie popadając nigdy w wulgarność. Myślę, że także z tego powodu odniosła tak duży sukces. Dlatego również popularność stopniowo malała, gdy późniejsze numery zaczęły zbliżać się do pornografii, zgodnie z ewolucją, jaką przechodził cały gatunek komiksów małego formatu. Ja sam zniechęciłem się do Zory z tej właśnie przyczyny...

Seria zakończyła się na numerze 288 (we wrześniu 1985 roku – przyp. tłum.), ale została wznowiona w 2004 roku.

Tak, w formie czteroczęściowej mini-serii, dla której narysowałem pierwszy numer. Przejął ją po mnie utalentowany Daniele Statema (uczeń Birago, który stworzył wiele komiksów erotycznych, zanim zaproponowano mu udział w reeboocie Zory, przygotowanym na rynek amerykański w typowo zeszytowym formacie, a następnie wydanym we Włoszech w jednym albumie - przyp. red.).

Skąd pochodzi Birago Balzano-artysta?

Ze szkoły Bonelliego, któremu jeszcze dziś jestem wdzięczny: obdzielił mnie miłością do tego zawodu. Mam nadzieję, że widać tę miłość w moich planszach, co jak myślę również przyczyniło się do triumfu Zory: czytelnicy dostrzegli tę pasję. Aby uzmysłowić sobie skalę popularności bohaterki, wystarczy wspomnieć, że poświęcono jej adaptację filmową, album muzyczny, a nawet markę wina!

Była to tym niemniej ciężka praca, zważywszy na rekordową liczbę 270 narysowanych numerów.

Tak, bardzo męcząca praca. Seria publikowana była dwa razy w miesiącu, tworzyłem więc 26 tomików rocznie! Chcieli wesprzeć mnie pomocnikiem, ale "wykorzystałem" go tylko do tworzenia tła. Do tego stopnia zależało mi na postaci, że tusze również nakładałem sam. Tylko okładki nie były moje, zajęli się nimi tak wielcy artyści jak Alessandro Biffignandi.

Kim był dla ciebie Renzo Barieri (założyciel Edifumetto – przyp. tłum.)?

Znakomitym redaktorem i wspaniałym człowiekiem.

Tęsknisz dziś za Zorą?

Nie, już mi jej nie brakuje. Wciąż pracuję w branży komiksowej, przez ostatnie lata ponownie dla Bonelliego (wydawnictwa Sergio Bonelli Editore – przyp. tłum.). Aby ponownie wziąć na warsztat Zorę – którą notabene od czasu do czasu zdarza mi się rysować dla własnej przyjemności – potrzeba byłoby poważnego projektu, naprawdę ciekawej propozycji.

Wywiad ukazał się w Sbam! Comics nr. 2 (marzec/kwiecień 2012)

BIRAGOWSKO-BALZANOWSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Przykład wspomnianego w wywiadzie pionowego podziału kadrów, umożliwiającego ukazanie pełnych sylwetek Zory i innych piękności. A zarazem jedna z plansz wyciętych z edycji Elvifrance. Widok kobiecych majteczek jest zaiste bulwersujący jak diabli! Ech, ta świętoszkowata Francja...

poniedziałek, 9 maja 2022

RACCOLTA OLTRETOMBA. CÓRKA ŚMIERCI

Tytuł oryginalny: Oltretomba Nuova Serie

n.288 - La Figlia della Morte

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: wrzesień 1985

Reedycja: Raccolta Oltretomba n°7 (1990)

Scenariusz: Anonim

Grafika: Pier Carlo Macchi & Studio di IF

Skan edycji włoskiej: Akujo (VintageComix)

Rekonstrukcja oryginalnego skanu: Vallaor

Rekonstrukcja skanu okładki oraz porady techniczne:

Cyfrowy Baron

Przekład z języka włoskiego: Vallaor

Piękne, perfidne, okrutne… Skąd u twórców fumetti tendencja do ukazywania kobiet, których wnętrze jest tak szkaradne, jak atrakcyjny ich wygląd zewnętrzny? Skąd ten wysyp różnej maści upiorzyc, wampirzyc, strzyg i wilkołaczyc? Czemu bohaterki komiksów dla dorosłych nie mogły być ucieleśnieniem marzeń o partnerkach ciepłych jak słoneczko i słodkich jak plaster miodu? Dlaczego nie takie urocze, niebiańskie istoty, a dziewuchy z piekła rodem (czasem dosłownie) zdominowały włoski komiks od połowy lat sześćdziesiątych?

Znawcy tematu dopatrują się przyczyn w przemianach obyczajowych w tamtejszym społeczeństwie, przede wszystkim coraz wyraźniejszym akcentowaniu przez kobiety swej podmiotowości. Dla mężczyzn wychowanych w konserwatywnym duchu taka niepokorna postawa „słabszej płci” była szokiem, wywołującym poznawczy dysonans. Współczesne, silne i atrakcyjne dziewczyny zarazem fascynowały i przerażały. Dała temu wyraz sztuka komiksowa, prezentując galerię "les belles dames sans merci", tyleż powabnych, co groźnych.

Śledzenie przygód tych nienasyconych bestyjek mogło pełnić funkcję terapeutyczną, oswajając męskich odbiorców z nowym typem kobiecości, wyzwolonej z gorsetu konwenansów, podążającej za głosem instynktu i obligującej parterów do dotrzymania jej kroku. Z perspektywy czasu wyraźnie widać, że ówczesne komiksowe skandalistki przetarły szlaki aktywnym i samodzielnym heroinom komiksu. Obecnie miejsce charakternych protagonistek w popkulturze jest tak oczywiste, że nikomu już nie przyjdzie do głowy utożsamiać je z siłami nieczystymi.

Niemniej jednak nie wszystkie protagonistki fumetti per adulti dają się zaszufladkować jako proto-feministki w gotyckim kamuflażu. Od drugiej połowy lat 70. we włoskich kieszonkowcach zaroiło się od ślicznotek o wyraźnie psychopatycznych rysach. Różnej maści dewiantki zawładnęły komiksem dla dorosłych, popychając go w kierunku czystej transgresji. Zbrodnicze nimfomanki zadomowiły się zwłaszcza w seriach z błękitem w tytule, Terror Blu i Storie Blu. Skrajnie niehigieniczne przypadki kobiecych zachowań prezentowała też seria Oltretomba, która po opatrzeniu logo charakterystyczną czaszką zmieniła formułę gatunkową z dyskretnie erotycznego gotyku na wyuzdany splatter, tryskający na przemian krwią i spermą.

Opowieścią tego typu jest właśnie Córka Śmierci, studium erotycznej aberracji z ornamentem cmentarnych obrzydliwości. Podobny "szoker" jeszcze na tej stronie nie pojawił, stąd też ostrzeżenie dla wrażliwszych! Nie jest to niewinna zabawa w pikantną grozę, lecz autentyczny body horror, eksplorujący podobne rejony, co o dwa lata późniejszy, niesławny film Jörga Buttgereita. Strategię twórców można rzecz jasna uznać za czystą komercję, epatowanie odbiorcy dla podniesienia ilości sprzedanych egzemplarzy. Nawet jeśli tak sprawy się mają, za sprawą ekstremalnych środków wyrazu udało się im powiedzieć coś autentycznego o mrocznym obliczu seksualności. Nie tylko kobiecej, ponieważ wbrew temu, co głoszą równej maści mizogini, płeć piękna nie ma monopolu na zło i perwersję: ona tylko nadaje im najbardziej powabną formę!

OLTRETOMBICZNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

MEGA (CBR) POPRAWIONA WERSJA HD DUŻEGO FORMATU!

"Kobieto! (...) Postaci twojej zazdroszczą anieli, a duszę gorszą masz, gorszą niżeli!..." W tym konkretnym przypadku emfaza wieszcza wydaje się być całkiem na miejscu!

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

LUCIFERA N°9 - ODCIĘTA GŁOWA SALADYNA

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.9 - Testa mozza di Saladino

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan wydania francuskiego:

Gentil-Toto et Termineur (VintageComix)

Skan wydania holenderskiego: Charles (VintageComix)

Przekład z języka francuskiego i holenderskiego: Vallaor

Graficzne kombinacje i wygibasy: jak wyżej

Nie sposób narzekać na monotematyczność serii, która z tomiku na tomik nawiązuje do odmiennej stylistyki, zachowując zarazem narracyjną ciągłość. Dopiero co dokonano dekonstrukcji rycerskiego eposu, odzierając wyprawy krzyżowe z domniemanej szlachetności, a już przeskakujemy wraz z bohaterami do innej bajki, a konkretnie: baśni z 1001 nocy! I tym razem trudno spodziewać się, by scenarzyści wiernie podążali za materiałem źródłowym, rezygnując z charakterystycznej postmodernistycznej ironii. Warto zarazem podkreślić, że dokonana przez nich trawestacja wątków z Księgi tysiąca i jednej nocy jest znacznie bliższa duchowi oryginału niż współczesne ilustrowane książeczki do czytania na dobranoc, o popkulturowych harcach ze studia Disneya nie wspominając.

Arabskie opowieści z przełomu IX i XX wieku nie powstawały z myślą o dzieciach. Gdy w XVIII wieku dotarły do Europy w 12-tomowej edycji francuskiej Antoine Gallanda, czytelników urzekła przebijająca z nich egzotyczna zmysłowość. Traktowano je jako orientalny odpowiednik Dekameronu Boccaccia. Znacznie dosadniejszy, bo pochodzący z kultury, której obce było chrześcijańskie pojęcie grzechu. Zwłaszcza brytyjskie edycje, będące najczęściej swodobnymi przekładami z języka francuskiego, wysuwały erotyczny aspekt tekstu na plan pierwszy, zarówno poprzez odpowiedni wybór historii, jak też zilustrowanie ich wyzbytymi pruderii grafikami, które z równym powodzeniem mogłyby ozdobić wydanie Kamasutry.

Jedną z najpopularniejszych angielskich opracowań Księgi podpisał sir Richard Francis Burton. Znany podróżnik i lingwista opatrzył swój przekład obszernymi przypisami przybliżającymi seksualne tradycje i zwyczaje ludów Bliskiego Wschodu. Jeszcze pod koniec XIX wieku trudno było o bardziej pikantną, rozpalającą zmysły lekturę. W jednej z pierwszych sekwencji Draculi (1992, reż. Francis Ford Coppola) Mina i Lucy z wypiekami na twarzy przegladają egzemplarz Arabskich nocy Burtona, dziwując się wymyślnym pozycjom, jakie przyjmują na ilustracjach orientalni kochankowie.

Takie właśnie zmysłowe oblicze orientalnych legend odsłonił Pier Paolo Pasolini w Kwiecie tysiąca i jednej nocy z 1974 roku (jak widać, komiksiarze uprzedzili go o dwa lata!). Włoski przemysł filmowy nie poszedł jednak za ciosem i nie powstał nurt "arabiansploitation". Amerykańska kultura masowa, celując głównie w młodych odbiorców, upupiła Aladyna, Ali Babę, Sindbada i innych (tylko Dżinowi udało się pokazać bardziej drapieżne oblicze w filmach grozy z serii Wishmaster). Istnieje jednak nadzieja, że wcześniej czy później ktoś z wizjonerskich reżyserów skupionych wokół wytwórni A24 zbierze się za artystyczną, "dorosłą" wersję jednej z opowieści Szeherezady. Może David Lowery, któremu udała się ta sztuka z mitami arturiańskimi w Zielonym Rycerzu? Albo Robert Eggers, kiedy już nasyci się nordyckim barbarzyństwem? Arabskie opowieści cierpliwie poczekają na godnego siebie adaptatora.

A propos ugładzania i ugrzeczniania klasyków, także Odciętą głowę Saladyna spotkał ten smutny los! W edycji Elvifrance po raz pierwszy zainterweniowała cenzura, wycinając z oryginału dwie strony i zmieniając treść dymków tak, by mniej więcej nadawały sens okaleczonemu fragmentowi. Ukazuje on ucieczkę Lucifery od chrześcijańskiego rycerza, którego kochanką została dla ratowania skóry. Francuscy czytelnicy poznali wersję, w której diablica cierpliwie czeka, aż krzyżowiec zapadnie w głęboki sen, aby po cichu wymknąć się z jego komnaty. Jeśli zdumiała ich ta subtelność bohaterki, niezbyt licująca z jej ognistym temperamentem, mieli całkowitą słuszność. We włoskim oryginale scena ma znacznie dramatyczniejszy przebieg... Polscy czytelnicy zapoznają się rzecz jasna z wersją nieocenzurowaną!

ORIENTALNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Gdyby Luciferę dostali w swe łapy współcześni cenzorzy, jako pierwsza wyleciałaby scena z diablicą w towarzystwie dwóch śniadych chłopaczków. Tymczasem na początku lat siedemdziesiątych to ryzykowne in flagranti trafiło nawet na okładkę portugalskiej edycji!

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

DE SADE. ODNAJDZIESZ MNIE W OGNIU

Tytuł oryginalny: De Sade

n.116 - Mi troverai nel fuoco

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: 19 grudnia 1975

Scenariusz: Anonim

Grafika: Gaspare De Fiore i Santi D’Amico

Skan edycji włoskiej: Charles (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Donatien Alphonse François de Sade... Trudno o innego pisarza, którego literacka spuścizna tak mocno określiła jego publiczny wizerunek. Podobnie jak doktor Victor Frankenstein stał się tożsamy ze stworzonym przez siebie monstrum, tak Sade zrósł się zarówno ze swoim arystokratycznym tytułem, jak też z dewiacją seksualną, której już pośmiertnie użyczył nazwiska. Niewielu ludzi pióra dostępuje takiego wyróżnienia, jednak sam Markiz mógłby poczuć się urażony zawężaniem pola jego zainteresowań do jednego zboczenia, podczas gdy zamierzył sobie zbadać i opisać wszystkie, jakie zna rodzaj ludzki! Uprawiając twórczość, w której wywrotowa filozofia łączy się z transgresyjną erotyką, miał pełną świadomość, że w oczach współczesnych i potomnych może zostać ucieleśnieniem zła i perwersji. Czasy literaturoznawczej strategii oddzielania osoby twórcy od dzieła jeszcze nie nadeszły, a zresztą ona również nie miała szans powstrzymać opinii publicznej przed osądzaniem artysty na podstawie jego dorobku. Kultura masowa utrwaliła obraz D.A.F. de Sade'a jako wyrafinowanego, eleganckiego okrutnika, łypiącego wzrokiem na kształtne kobiece pośladki z intencją ich wychłostania.

Nic dziwnego, że w takiej właśnie modelowej postaci libertyna z pejczem trafił do włoskich fumetti. Zresztą komiksy dla dorosłych spod szyldu Edifumetto, nagminnie łączące zmysłowość z przemocą, są de facto rozrywkową wersją twórczości "boskiego Markiza". W konsekwencji on sam został głównym bohaterem jednej z prominentnych serii, wychodzącej niemal 10 lat i liczącej sobie 172 tomiki. Niemałe osiągnięcie nawet jak na Markiza, zważywszy na to, że był jednym z nielicznych męskich protagonistów na rynku może nie "sfeminizowanym", ale na pewno zdominowanym przez władcze kobiety w rolach głównych.

Osoby zaznajomione z biografią Sade'a mogą całkiem zasadnie zapytać, jakim cudem udało się tak długo zabawiać czytelników jego przygodami, skoro ów osławiony rozpustnik większość swego życia spędził w więzieniu i w rzeczywistości jego główną "zbrodnią" było wywrotowe, obceniczne pisarstwo. Senarzyści serii wybrnęli z tej trudnej sytuacji, zmieniając trajektorię losów swojego bohatera. Przez kilka pierwszych epizodów kokietują podobieństwem osób fikcyjnych do realnych, strasząc komiksowego Donatiena perspektywą dożywotniej odsiadki w Bastylii, po czym wykonują wielką woltę, ratując go z tej perypetii i wikłając w dziesiątki innych. "Kieszonkowy" Markiz zostaje wrzucony w wir barwnych przygód, których końca nie widać, stając się kimś w rodzaju Casanowy, jeżdżącego w interesach po całej Europie.

Czy trzeba dodawać, iż podobnie jak słynny włoski obieżyświat ma do czynienia z setkami pań, panien i panienek ze wszystkich warstw społecznych? Na pewno nie jest w tej materii żadnym snobem i wszędzie wypatrzy kobiece piękno (wspomniane kształtne pupcie do biczowania). W jego życiu codziennym dzieje się tyle, że biedak nie ma czasu na pisanie i prawie nigdy nie widać go z piórem w dłoni. Jednakże w jednym, kluczowym aspekcie łudząco przypomina swój historyczny pierwowzór: jest skrzętnym badaczem seksualności, zwłaszcza tej wykraczającej poza przysłowiowe normy, i nie przepuszcza żadnej okazji, by zapoznać się z jej rozmaitymi przejawami. Kto wie, może gromadzi doświadczenia z myślą o sędziwym wieku, kiedy nie mogąc już dokazywać, będzie przekazywać swoje liczne obserwacje pamięci potomnych?

Po ustaleniu tożsamości komiksowego De Sade'a pozostają jeszcze dwa niebagatelne pytania: czy jest to dobre fumetti do czytania i czy przypadłoby do gustu "autentykowi", gdyby przenieść go wehikułem czasu do lat 70. XX wieku? W obydwu wypadkach skłaniam się ku odpowiedzi twierdzącej. Seria przez lata utrzymywała równy poziom graficzny i scenariuszowy, stając się nawet lepsza i dowcipniejsza po zmianie formuły z ciągłej ("cliffhangerowej", gdzie jedna awantura prowokuje drugą) na epizodyczną (co tomik odrębna przygoda). Sam Donatien niewątpliwie uznałby za zabawne, że tysiące Włochów rozczytuje się w historyjkach o jego niesfornym alter ego, a może nawet westchnąłby z żalem, iż jemu samemu nie dane było przeżyć tylu ekscytujących przygód. My jednak nie powinniśmy smucić się zanadto zamknięciem autentycznego Markiza w Bastylii. Możliwe, że w innym wypadku byłby zanadto zajęty praktyką, by myśleć o spisywaniu teorii... Wolnomyślicieli i rozpustników było we Francji wielu, ale D.A.F. de Sade tylko jeden!

SADYCZNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Dzieła zebrane Sade'a doczekały się w 1990 roku nobilitacji, wchodząc w skład Biblioteki Pléiade, prestiżowej kolekcji Gallimard. Czy podobne wyróżnienie na komiksowym rynku wydawniczym spotka kiedykolwiek włoską serię kieszonkową?

niedziela, 3 kwietnia 2022

ZORA WAMPIRZYCA N°8 - ŁOWCA WAMPIRÓW

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.2 - Cacciatore di vampiri

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 26 styczeń 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Temat wstępniaka miał nawiązywać do głównego antagonisty ósmego epizodu. Zamierzałem dociekać, czemu nie pałamy sympatią do łowców wampirów, choć ci z narażeniem życia bronią nas przed śmiercionośnymi drapieżcami. Przechodząc od razu do puenty: w ramach fikcyjnego świata mamy tendencję do utożsamiania się z wampirem, więc jego unicestwienie w finale odbieramy bez satysfakcji, mając wręcz do łowców żal za ukrócenie nam zabawy. W klasycznym modelu opowieści grozy była to jednak przykra konieczność. Natomiast im bardziej gatunek się rozwijał, tym rzadsze były te zwycięstwa przedstawicieli ludzkości, a coraz częstsze "czarne finały", dobitnie dające do zrozumienia, że nie da się łatwo zwalczyć tego, co reprezentują sobą wampiry. Nie są one bowiem odrębnym wobec człowieka bytem, lecz naszym fantazmatem, ucieleśnieniem mrocznych pragnień, pierwotnych instynktów i skrywanych obsesji. Poprzez unicestwienie krwiopijcy łowca przywracał niegdyś świat do normy, egorcycyzmując zło z natury ludzkiej. Ponad 120 lat od publikacji Drakuli taki symboliczny happy end już nie działa. Zbyt dobrze wiemy, że normalność już nie istnieje (jesli kiedykolwiek istniała), a świat coraz bardziej pogrąża się w szaleństwie, z wampirami czy bez nich.

Taką mniej więcej konkluzję wysnułbym, podpierając się przy tym klasycznymi przykładami z filmu i literatury. Niestety, smutna okoliczność zmusiła do zmiany planów. Przed tygodniem zmarł Birago Balzano - twórca, któremu Zora Wampirzyca zawdzięcza swój nieprzemijający powab. Tak się złożyło, że również ostatni zamieszczony tutaj one-shot wyszedł spod jego ręki. Chwaliłem już umiejętność rysownika w odmalowywaniu pięknych kobiet. Posiadał ponadto nieocenioną umiejętność szybkiej i wydajnej pracy, a każdy tomik jego autorstwa cechowała dynamika i przynajmniej jedna zapadająca w pamięć plansza. Biografię artysty przybliży redakcja Sergio Bonelli Editore, która na swojej oficjalnej stronie umieściła taki oto memoriał:

BIRAGO BALZANO (5 styczeń 1936 – 25 marzec 2022)

Birago Balzano odszedł 25 marca 2022 roku. Artysta znany był przede wszystkim ze swoich dokonań z zakresu komiksu erotycznego, lecz swoją karierę rozpoczął i zakończył pracując dla naszego domu wydawniczego.

Urodzony w prowincji Foggia na początku 1936 roku, Antonio Pietro Birago Balzano przeprowadził się wraz z rodziną do Mediolanu w 1951 roku. Pasjonat rysunku od najmłodszych lat, wkroczył do świata komiksu przedstawiając testowe plansze Sergio Bonelliemu, który skierował go na "warsztaty" w studio Franco Bignottiego, zajmującego się wówczas tytułem Un ragazzo del Far West.

Pierwsze sygnowane przez niego prace to wspomniany Un ragazzo del Far West oraz Il piccolo Ranger. Sergio Bonelli powierzył mu także ostatnie 16 plansz Il grande Judok, których nie móg dokończyć Giovanni Ticci ze względu na swoje zobowiązania wobec Texa. W tym samym okresie Balzano narysował także kilka odcinków Capitan Audax dla Editoriale Corno.

Kiedy w 1972 roku Renzo Barbieri założył Edifumetto po rozstaniu ze swoim partnerem Giorgio Cavedonem, Balzano został jednym z rysowników zaangażowanych do pracy nad wieloma tytułami, jakie mediolański wydwca zamierzał publikować. Zaczął od zilustrowania kilku numerów I Sanguinari, nastepnie narysował kilka pierwszych tomików Zora la vampira. Nowa seria okazała się tak wielkim sukcesem, że wkrótce z miesięcznika stała się dwutygodnikiem, zmuszając Balzano do dzielenia się pracą z innymi grafikami dla zachowania ciągłości wydawniczej. Popularność wykreowanej przez niego postaci okazała się tak duża i trwała, że w roku 2000 doczekała się apokryficznej wersji filmowej w reżyserii braci Manetti, z Micaelą Ramazzotti w roli głównej.

W połowie lat 80. publikacje Barbieriego zaczęły zwracać się w kierunku twardej pornografii, w konsekwencji Balzano podjął decyzję o porzuceniu komiksu. W następnej dekadzie pracował dla wydawnictw reklamowych i producentów puzzli. W 1993 roku zaprojektował okładkę bijącego rekordy popularności albumu muzycznego "Nord Sud Ovest Est" zespołu 883.

Prowadził kursy grafiki reklamowej i komiksu w kilku specjalistycznych szkołach w Mediolanie, nawiązując później współpracę z Editoriale Dardo przy tworzeniu nowych przygód Capitana Mikki. Ostatecznie powrócił do pracy w redakcji Sergio Bonelli Editore jako redaktor graficzny.

Redakcja przy via Buonarotti łączy się w bólu i smutku z rodziną zmarłego.

[https://www.sergiobonelli.it/news/2022/03/28/news/la-scomparsa-di-birago-balzano-1021516/]

LINKI IN MEMORIAM:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Na tym nie koniec hołdów dla Balzano: dziewiątemu tomikowi Zory towarzyszyć będzie wywiad z rysownikiem, przeprowadzony w 2012 roku. Stay tuned and praise Zora!

sobota, 19 marca 2022

KOŚCIOTRUP. KANIBAL Z JEZIORA

Tytuł oryginalny: Collana KLIC KLAC > LO SCHELETRO presenta

Anno II n.9 - Il cannibale del lago

Wydawca: Segi

Rok pierwszego wydania: sierpień 1972

Scenariusz: Anonim

Grafika: Birago Balzano

Skan oryginalnego tomiku: Charles (VintageComix)

Opracowanie graficzne okładki: Cyfrowy Baron

Przekład z języka włoskiego i opracowanie graficzne: Vallaor

Lo Scheletro nie była jedną ze znaczących serii małego formatu. Tematycznie zbliżona do Terroru oraz Oltretomby, wyróżniała się głównie widniejącym w logo Kościotrupem. Pełnił on honory przedstawiającego kolejne historie, choć nigdy nie ujawniał swej obecności w klamrze kompozycyjnej na wzór Strażnika Krypty i innych makabrycznych narratorów EC Comics. Niewykorzystana szansa, gdyż gadatliwy szkielet miałby szansę spodobać się czytelnikom, zwiększając sprzedaż tytułu. A tak jako wabiki pozostały typowe dla "pikantnej grozy" atrakcje, czyli nadobne panny prześladowane przez różne wymyślne maszkary. To właśnie piękności i bestia zaważyły na decyzji o translacji tego konkretnego tomiku.

O rzeczonych pięknościach słów kilka... Nie sposób odmówić Birago Balzano umiejętności odmalowywania zmysłowych kobiet, na czele z Zorą i Frau Murder, które z powodzeniem czarowały czytelników przez kilkanaście lat. One-shot na łamach Lo Scheletro dał rysownikowi możliwość wprowadzenia dwóch innych imponujących niewiast i wielka szkoda, że pierwsza z nich pełni w fabule funkcję zaledwie przystawki - przekąski dla monstrum, które dopiero po zaspokojeniu głodu nabiera ochoty na coś innego. Być może Balzano chciał odpocząć od blondynek, stąd też wybór brunetki na protagonistkę? Jeśli już o jasnowłosych ślicznotkach mowa, rysownik dopuścił się niejakiego zapożyczenia na potrzeby jednostronicowego występu pewnej młodej mężatki. Tak się składa, że sięgnął przy tym po historię znaną już czytelnikom bloga:

Oryginalnością nie grzeszy także tytułowy kanibal, wariacja na temat ekranowego Potwora z Błękitnej Laguny. Jest jednak czymś znacznie ciekawszym niż kalka. Widzowie klasycznego horroru Universal z 1954 roku pamiętają, że potwora na powierzchnię laguny wywabiła kąpiąca się piękność. To właśnie odziana w zmysłowo obcisłe bikini współczesna dziewczyna doprowadziła do zguby istotę uosabiającą dziewiczy świat natury. Potwór miał zatem więcej wspólnego z King Kongiem niż klasycznymi monstrami Universalu i nic dziwnego, że w sequelach budził już więcej współczucia niż grozy. Inna sprawa, że surowe reguły Kodeksu Haysa uniemożliwiały człowiekowi-rybie zaspokojenie pożądania i w kluczowym momencie wyrywano mu żeńską zdobycz z rąk. Twórcy fumetti z 1972 roku, w znacznie mniejszym stopniu ograniczeni cenzurą, pozwalają wodnemu monstrum nareszcie się wyszumieć, odpowiadając zarazem na pytanie, co może z tego wszystkiego wyniknąć.

Na dobrą sprawę Balzano wraz z anonimowym scenarzystą (niewykluczone, że był nim Renzo Barbieri, jego stały partner przy Zorze Wampirzycy) wyprzedzili filmowców, którym dopiero w 1980 roku przyszedł do głowy pomysł skutecznego napuszczenia ludzi-ryb na ziemskie kobiety. Humanoidy z głębin prosto ze stajni Rogera Cormana można uznać za odległych kuzynów potwora z Błękitnej Laguny, jak również komiksowego kanibala z alpejskiego jeziora Lago Di Como. Atakując w stadzie, są bardziej zorganizowani i osiągają zamierzone rezultaty. Pomimo nieestetycznego wyglądu i manier jaskiniowców, przy doborze ofiar wykazują się całkiem niezłym gustem, obłapiając dziewczyny prosto z rozkładówki Playboya (Lynn Theel, Miss Lipca 1975).

Ostatecznie w popkulturowej percepcji wodnych kreatur empatia wygrała z odrazą, czego najpełniejszy wyraz dał kilka lat temu Guillermo Del Toro. W obsypanym nagrodami Kształcie wody (2017) schwytany przez amerykańskie tajne służby łuskowaty humanoid nie ma w sobie niczego krwiożerczego i choć on również ulega urokowi kobiety, nie musi się za nią uganiać: sama z własnej i nieprzymuszonej woli pada mu w objęcia. Wygląda na to, że burzliwe relacje międzygatunkowe doczekały się ostatecznie szczęśliwego finału, zaś sam człowiek-ryba rehabilitacji, już na zawsze opuszczając poletko grozy. Zwolennikom jego drapieżniejszych wcieleń pozostają powtórkowe seanse Humanoidów (byle nie ugrzecznionego remake'u z 1996 roku!) oraz lektura Kanibala z jeziora.

Linki z głębiny Lago di Como:

MEGA (CBR)

PDF (MEDIAFIRE)

Tagline z edycji DVD nie pozostawia wątpliwości co do zamiarów humanoidów. Samcom wszystkich gatunków tylko jedno w głowie! Nic dziwnego, że dziewczyna na plakacie jest tą monotematycznością śmiertelnie znużona.

sobota, 5 marca 2022

LUCIFERA N°8 - NA KRUCJACIE

Tytuł oryginalny: Lucifera n.7 - Alla crociata

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: maj 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan wydania niemieckiego: VintageComix

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

W ramach odpoczynku od germańskiego gotycyzmu twórcy zdecydowali się zabrać główną parę bohaterów w zamorską podróż do Jerozolimy. Faustowi marzy się wielka wojenna przygoda, pozwalająca zapomnieć o miłosnym rozczarowaniu i dać upust wigorowi młodego ciała, oczywiście pod szlachetnym pretekstem walki za wiarę. Lucifera jako zakochana diablica spróbuje natomiast wszystkiego, aby go usidlić i odwieść od prac nad eliksirem, żarliwych modłów oraz innych niemądrych czynności. Dobrze wiemy, czego się po tej parze spodziewać. Na tropicieli kulturowych tropów oczekuje jednak cała galeria barwnych postaci zaludniających drugi plan, wprowadzonych do fabuły z radosną dezynwolturą. Przyjrzyjmy się trzem najważniejszym...

Komiksowy Saladyn jest sułtanem Jerozolimy, o tuszy znamionującej zamiłowanie do wszelkich wygód i rozkoszy. Historyczny saraceński władca z XII wieku preferował bardziej aktywny tryb życia, w pamięci pokoleń zapisując się jako wybitny strateg i nieustraszony wojownik. Udało mu się odbić Jerozolimę z rąk krzyżowców i utrzymać ją pomimo zmasowanego ataku europejskich potęg. Zmagania z angielskim królem Ryszardem Lwie Serce, zakończone czymś w rodzaju remisu (żadnemu nie udało się skrócić tego drugiego o głowę) stały się podstawą opowieści o szlachetnej rywalizacji dwóch znakomitych przedstawicieli wrogich sobie kultur. Kraje chrześcijańskie przedstawiały Saladyna z respektem, co mogło mieć charakter pocieszycielski: skoro Jerozolimy nie dało się utrzymać, przynajmniej trafiła w ręce kogoś na poziomie. W kulturze europejskiej antagonista Ryszarda I stał się wręcz synonimem wzorowego władcy muzułmańskiego. Kontrastujące ze wzniosłą legendą komiksowe wcielenie pokazuje, co mogłoby się wydarzyć, gdyby po zdobyciu Jerozolimy osiadł na laurach!

Postacią rozpoznawalną, choć zdecydowanie mniej obecną w literaturze i kinie, jest także Godfrey de Liege, czyli Gotfryd z Bouillon, głównodowodzący armii krzyżowców. W rzeczywistości jego spotkanie z Saladynem nie byłoby możliwe, pojawił się bowiem na arenie dziejów znacznie wcześniej, jako prominentny uczestnik pierwszej wyprawy krzyżowej (Saladyn i Rysiek to już czasy trzeciej). W uznaniu zasług przy zdobywaniu Jerozolimy został wybrany na władcę miasta, odrzucił jednak ten tytuł na rzecz skromniej brzmiącego "Obrońcy Grobu Świętego". Królem Jerozolimy został dopiero jego brat, Baldwin z Boulogne. Dopóki walka zbrojna w imię wiary była przez kulturę europejską gloryfikowana, Gotfryda opiewano jako heroicznego zdobywcę Ziemi Świętej. Obecnie chyba nawet sam Kościół nie wie, co z nim zrobić, skoro nie wypada już fetować łupieżczych wypadów zbrojnych, jakimi okazały się wszystkie krucjaty. Kto wie, czy samozwańczy Obrońca Grobu Świętego nie był w istocie takim bezwględnym sukinkotem, jakim odmalowuje go Leone Frollo?

Włoskim czytelnikom nieobce będzie również imię wojownika, którego komiksowy Saladyn wystawia do walki z dziesięcioma krzyżowcami na raz. Rodomonte to jeden z głównych bohaterów eposu rycerskiego Orland Szalony. W poemacie Ludovico Ariosto nie jest jednak byle siepaczem, lecz saraceńskim królem, dowódcą armii oblegającej Karola Wielkiego w Paryżu. Poza typowymi dla bohaterów epickich przymiotami, jak imponująca siła fizyczna czy odwaga bez granic, cechą charakterystyczną Rodomonte jest arogancja, wyrażająca się bezustannymi przechwałkami. Stąd obecne w języku włoskim wyrażenie "rodomontade", oznaczające chełpliwość w mowie i zachowaniu. Występ Rodomonte w Luciferze ma charakter cameo, lecz nawet dysponując ograniczoną liczbą stron nie omieszkał on powiadomić audytorium o swoich rycerskich przewagach. Jak przekłada się to na jego sprawność bojową, przekonacie się sami!

Krzyżowe linki:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Portugalska okładka nie zawodzi w kwestii czarowania potencjalnych nabywców wdziękami bohaterki, natomiast ponownie odpuszczono sobie nawiązania do treści tomiku. Tylko miecz w dłoni Fausta sugeruje, że został krzyżowcem. Ale i ten oręż uznać można za freudowski symbol falliczny...