sobota, 26 sierpnia 2023

TERROR. DANSE MACABRE

Tytuł oryginalny: Terror

n.03 - La danza macabra

Scenariusz: Renzo Barbieri

Grafika: Leone Frollo

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: styczeń 1970

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Paguroselvaggio (VintageComix)

Projekt okładki: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Jedyna sierpniowa translacja, czemu trudno się dziwić! Wakacyjne miesiące nie sprzyjają ślęczeniu nad skanami, zdecydowanie większą frajdę sprawia lektura papierowych tomików na świeżym powietrzu, gdy wdzięcznie świeci słoneczko, a wokół ćwierkają ptaszki. Wielkimi krokami zbliża się jednak szara i smutna jesień, której nieuchronne nadejście warto umilić lekturą klasycznego fumetti grozy! Tym razem wyjątkowo grzecznego, reprezentacyjnego dla wczesnego okresu Terroru: serii, która na przestrzeni lat stała się znacznie śmielsza, podnosząc coraz wyżej poprzeczkę tego, co włoskiemu komiksowi popularnemu godzi się pokazywać. Jednakże w styczniu 1970 roku do włoskich odbiorców trafił tomik odpowiadający najbardziej tradycyjnym gustom, mający szansę spodobać się nawet tym, którzy dekadę wcześniej pomstowali na „deprawujące” magazyny spod szyldu EC Comics.

W tym momencie przyznaję się bez bicia do dokonania ostrej selekcji i wzięcia na warsztat wyłącznie najdłuższej historii z tomiku liczącego ich sobie aż pięć! Wybiórczość ta podyktowana została w pierwszej mierze niewystarczającą mocą przerobową we wspomnianym leniwym okresie wakacyjnym, ale też trzeźwą oceną jakości artystycznej zbioru. Nie bez powodu opowieść z grafiką Leone Frollo wybrano na tytułową. Wśród pozostałych na dłużej w pamięci zostaje tylko Zombi a cottimo, krótka makabreska, w której pewien cwany przedsiębiorca postanawia zatrudnić w swojej fabryce umarlaków jako najtańszą siłę roboczą. Zabawna rzecz, lecz nie do tego stopnia, by zaraz brać ją na warsztat, zwłaszcza że identyczny pomysł doczekał się brawurowego rozwinięcia w opowiadaniu Johna Morressy’ego Pracusie z parku sztywnych (Nowa Fantastyka, 10/93).

Tym samym polska edycja cyfrowa jest pierwszym solowym występem Jeanette, pięknej i tajemnicznej tancerki z Moulin Rouge, której imponującą fizyczność odmalował z maestrią Leone Frollo (niewątpliwie pomógł fakt, że fabuła osadzona została w ulubionym przez niego okresie Belle Époque). Komiks aż prosił się o zupełnie nową obwolutę, nawiązującą bezpośrednio do jego tematyki. W tym celu niezbędna okazała się pomoc wytrawnych speców od grafiki komputerowej. Zdecydowanym faworytem okazała się okładka zaprojektowana przez Old Mana, bazująca na jednej z plansz komiksu, natomiast alternatywne projekty Cyfrowego Barona podziwiać można pod sam koniec tomiku. Zwłaszcza drugi, odważniejszy projekt pasuje jak ulał do fumetti z późniejszych lat, gdy już bez skrępowania epatowano na okładkach atrakcyjną golizną, nierzadko zaczerpniętą z rozkładówek magazynów dla panów. A zatem przed wami klasyczna komiksowa groza w nowej, XXI-wiecznej oprawie!

MŁYNIARSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Zarówno okładka oryginalnej edycji, jak też francuskiego przedruku (gdzie notabene zredukowano ilość historii) nie mają nic wspólnego z treścią, wydając się ogólnymi impresjami na temat motywów gotyckiego horroru. Nie uświadczymy więc w środku numeru ani wstającego z trumny krwiopijcy, ani omdlałego pod szubienicą dziewczęcia...

czwartek, 20 lipca 2023

ZORA WAMPIRZYCA N°18 - WAMPIRZYCA W WENECJI

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.14 - Vampire a Venezia

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 24 sierpień 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Całkiem nowa przygoda, nie wymagająca przypominania treści poprzednich epizodów. Przypadek wyjątkowy, który znalazł przełożenie na planszę otwierającą epizod. Zamiast kilku zdań wprowadzających w meandry intrygi wystarczyło tylko jedno słowo - nazwa własna, pozwalająca na lokalizację bohaterki. Nawet i to wydaje się czystą formalnością, skoro już tytuł informuje, gdzie Zora będzie tym razem przebywać.

Niewiele wiemy o wykształceniu panny Pabst, jednak wysoki status społeczny jej rodziny pozwala przypuszczać, że było ono gruntowne i obejmowało historię sztuki, umożliwiając wyrobienie zmysłu estetycznego. Coś na pewno musiało bohaterce podpowiedzieć, że najciekawszym miejscem do spotkania z Frau po ucieczce z Niemiec będzie akurat Wenecja, słynąca ze swej wspaniałej architektury i gromadzonych przez wieki arcydzieł rzeźby i malarstwa. Gdyby umówione spotkanie z przyjaciółką doszło do skutku (nie zdradzając zbyt wiele, sprawy się komplikują!), po obowiązkowej wymianie gorących całusów i uścisków zapewne udałyby się na turystyczny rejs gondolą, podziwiając liczne atrakcje miasta.

Oczywiście krwiopijczynie rodem z komiksu kieszonkowego nie dostają tylu okazji do nieumotywowanych rozwojem akcji wycieczek krajoznawczych jak chociażby bohaterowie Kronik wampirzych Anne Rice. Zora ma inne rzeczy na głowie niż wizyty w muzeach. A jednak w Wenecji wielka sztuka sama zdaje się pchać ludziom w ręce! Szczęśliwym trafem panna Pabst wchodzi w posiadanie obrazu spod pędzla Canaletto, włoskiego malarza z XVIII wieku, który szczególną estymą cieszy się u nas ze względu na decyzję o porzuceniu ziemi włoskiej dla polskiej i poświęceniu ostatniego etapu twórczości wyłącznie naszemu krajowi. Natomiast płótno ukazane w komiksie pochodzi z wcześniejszego, weneckiego etapu artysty. "Zaślubiny z morzem" ilustrują najważniejszą uroczystość państwową Republiki, podczas której doża wrzucał do wody złoty pierścień na znak przymierza z otaczającą Wenecję laguną. Przymierza, którego "miasto na wodzie" potrzebuje obecnie nawet bardziej niż za czasów panowania dożów!

WENECKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Istnieją trzy wersje tego obrazu, z 1729, 1732 i 1739 roku, różniące się między sobą wyłącznie pewnymi marynistycznymi detalami. Niestety, na podstawie grafiki Birago Balzano, skupionego bardziej na wspaniałych kształtach Zory niż kopiowaniu Canaletto, nie sposób ustalić, z którą konkretnie wersją mamy do czynienia!

poniedziałek, 3 lipca 2023

OLTRETOMBA W KOLORZE. ZNAK IGUANY

Tytuł oryginalny: Oltretomba Colore

n.45 - Il segno dell'iguana

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: wrzesień 1976

Scenariusz: Anonim

Grafika: Anonim (prawdop. hiszpańskiego pochodzenia)

Skan oryginalnego wydania: Charles (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Coś na dobry początek wakacji, czyli opowieść prosto z ciepłych krajów! Co prawda rejs, jaki odbywa para młodych i pięknych narzeczonych na małą wysepkę w okolicach Nowej Gwinei, nie ma charakteru wypoczynkowego. Ona pragnie zobaczyć nie dającego od miesięcy znaku życia ojca, on przy okazji zweryfikować pogłoski o pewnym lokalnym fenomenie natury. Gdyby wiedzieli, co spotka ich na miejscu, natychmiast pokierowaliby jacht w inną stronę! Trudno jednak dziwić się ich ignorancji. Jakim cudem mogliby się domyślić, że są bohaterami komiksu grozy? Na dodatek jako Amerykanie zapewne nie czytali żadnych fumetti per adulti, pozostają więc w błogiej nieświadomości niebezpieczeństw, jakie czekają na nich w tak pięknych okolicznościach przyrody…

Jesteśmy zdecydowanie w lepszej sytuacji niż bohaterowie, rozpoznając gatunkową konwencję i będąc w stanie odwołać się do konkretnych tekstów kultury, gdzie podobne, na pozór neutralne zawiązanie akcji zapowiada wszystko, co najgorsze. Chociażby do pewnego słynnego horroru, w którym młoda dziewczyna, poszukująca rodzica na jednej z karaibskich wysepek, dowiaduje się, że padł ofiarą tajemniczego, mutagennego wirusa. Intrygujące, że Zombi 2 Lucio Fulciego powstał w 1979 roku, trzy lata po publikacji Znaku iguany. Czy Elisa Briganti i Dardano Sacchetti, scenarzyści tego kanonicznego już tytułu, nie mieli przypadkiem w rękach 45. tomiku Oltretomby w Kolorze? Mogli go czytać także twórcy Wyspy ostatnich zombie, tańszej, lecz wciąż efektownej produkcji, gdzie od zombiaków straszniejszy jest obłąkany naukowiec, wykorzystujący tubylców do swoich koszmarnych eksperymentów.

Choć fabularne podobieństwa z filmowym „gore w dżungli” przełomu lat 70. i 80. są niepodważalne, pod względem wizualnym Znak... nawiązuje do wcześniejszych, w większym stopniu wysmakowanych dzieł włoskiego horroru. Pierwszym skojarzeniem jest są filmy Mario Bavy, poprzez żywą, fantazyjną kolorystykę kreujące niepokojącą, rozedrganą, nierzadko wręcz psychodeliczną atmosferę. Cała seria Oltretomba Colore wydaje się być próbą przeniesienia na plansze komiksu tej estetyki. Brak tradycyjnej dla formatu kieszonkowego czerni i bieli bynajmniej nie uczynił narracji pogodniejszą. Przeciwnie, koszmar w jaskrawych barwach okazuje się jeszcze bardziej przerażający!

LINKI W KOLORZE:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Wielobarwna odnoga Oltretomby cieszyła się dużą popularnością, o czym świadczy liczba osiemdziesięciu tomików wydanych w latach 1972-79. Niestety, Ediperiodici zdecydowało się nie ujawniać personaliów twórców, którzy przyczynili się do jej sukcesu. Wiadomo tylko, że za grafiki odpowiadali przede wszystkim autorzy hiszpańscy. W przypadku Znaku iguany spisali się naprawdę dobrze, a czuję, że jeszcze się z tą serią nie żegnamy!

środa, 21 czerwca 2023

LUCIFERA N°16 - KRWAWY OGAR

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.16 - Il sanguinario

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: styczeń 1973

Scenariusz: Giorgio Cavedon

Grafika: Tito Marchioro

Skan wydania niemieckiego:

Charles (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Pierwsze kilkanaście numerów Lucifery miało szczęście do wydawców w całej Europie i można je odnaleźć w kilku wersjach językowych. Co prawda numer 14 był ostatnim, jaki ukazał się w Portugalii (niestety uniemożliwia to dalszą prezentację alternatywnych okładek pod linkami), natomiast w dalszym ciągu seria publikowana była we Włoszech, Francji, Niemczech i Holandii. Fakt, że sporo z tych wydań zostało zdigitalizowanych, okazuje się przydatny przy opracowaniu cyfrowej wersji polskiej. I tak podstawą dla numeru 16. była edycja niemiecka, najbardziej zbliżona do oryginalnej włoskiej, której nie mogłem wykorzystać ze względu na niską jakość skanu. Francuska natomiast pozwala sobie na zbyt duże ingerencje w rozmiary dymków, którym zdarza się zakrywać grafikę. Tym niemniej skorzystałem z jednej planszy francuskiej, naprawiającej oryginalny błąd rysownika, kierującego dymek ku nieodpowiedniej osobie.

Również z wydania niemieckiego pochodzi tytuł Die Bluthund, oznaczający dosłownie „krwawego psa”, zaś metaforycznie „okrutnika”, co jest już bliskie oryginalnego Il Sanguinario. Przy przekładzie zdecydowałem się na odrobinę inwencji twórczej, aby uniknąć banału, którym mógłby zalatywać okrutny szef bandy rzezimieszków nazywający się... Okrutnikiem. Mój „krwawy ogar” nie jest co prawda szczytem oryginalności, bestia o takim imieniu pojawia się w serii gier Gothic, a miłośnikom seriali fantasy sam „Ogar” również nasuwa pewne nieodparte skojarzenia. Podobieństw i odwołań nie da się jak widać uniknąć, pozostaje tylko nadzieja, że brzmią odpowiednio intrygująco.

Jakkolwiek nie zwałby się herszt niemieckich zbójów, jest on zaledwie nominalnym bohaterem tomiku. Na plan pierwszy wysuwa się bowiem sama protagonistka, której nareszcie sprzykrzyło się podążanie krok w krok za Faustem, ze względu na swoją pobożność hamującym jej naturalne inklinacje. Przy okazji kolejnego ratowania ukochanego z tarapatów budzi się w Luci ambicja zdobycia realnej władzy. Wykorzystuje swój spryt, aby błyskawicznie wspiąć się po drabinie społecznej, awansując od zamkowej nierządnicy do małżonki kasztelana. I bynajmniej nie stanowi to kresu jej aspiracji! Czyżby scenarzyści chcieli w ten sposób zrekompensować odbiorcom odejście świetnego rysownika? Niewątpliwie aktywna diablica jest gwarancją licznych perypetii i zbrojnych awantur, o jakich nie marzyło się nawet osławionemu Krwawemu Ogarowi…

OGAR-NIĘTE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Między ogarami w ludzkiej skórze istnieją niezaprzeczalne podobieństwa, jak oszpecona blizną facjata i paranie się wojennym rzemiosłem. U niektórych da się nawet dostrzec pewne pozytywne cechy, pod warunkiem, że z miejsca nas nie zagryzą!

niedziela, 4 czerwca 2023

ZORA WAMPIRZYCA N°17 - OBSESJA

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.11 - Ossessione

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 13 lipiec 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Siedemnasty tomik Zory zawiera w sobie obowiązkową porcję atrakcji, przyprawiających o mocniejsze bicie serca każdego amatora pikantnej grozy, zarazem pod pewnym względem jest ewenementem! To bodajże pierwszy epizod przygód wampirzycy nie kończący się cliffhangerem. Rzecz jasna nie ulega wątpliwości, że wytchnienie, jakiego w finale doznaje bohaterka, jest tylko chwilowe i tuż za rogiem czekają na nią dalsze mrożące krew w żyłach perypetie. Tym niemniej mamy do czynienia z domknięciem większości wątków i rozwiązaniem wszystkich pilnych spraw, na czele z pewną drażliwą kwestią honorową, która dla czułej na tym punkcie Zory stała się prawdziwą obsesją!

Owa „kropka nad i”, zabieg rzadki w ramach narracji starającej się bezustannie podsycać zainteresowanie czytelników, najpewniej podyktowana została potrzebą chwili. W pewnym momencie Birago Balzano musiał choć na chwilę odpocząć od ponętnej wampirzycy, zgodnie ze swą naturą wysysającą z twórców wszystkie soki – zwłaszcza przy morderczym tempie dwóch tomików na miesiąc! Wraz z urlopem rysownika tempo publikacji bynajmniej nie zmalało, lecz przez dwa kolejne epizody za szatę graficzną odpowiadał anonimowy wyrobnik. I nie sposób powiedzieć, by nie odbiło się to na ich poziomie!

Sama zagmatwana opowieść o sennych majakach Zory miała się nijak do chronologii serii, zaś jej wykonanie wołało wręcz o pomstę do piekła. Nietrudno się dziwić wydawcom francuskim, którzy nie zdecydowali się na jej publikację, ewidentnie uznając za rodzaj apokryfu. Ja sam po przemęczeniu obydwu tomików postanowiłem pójść za przykładem Elvifrance i odpuścić sobie ich translację. Nie warto zawracać głowy polskim czytelnikom takim przerywnikiem, którego niski poziom mógłby wręcz zrazić do dalszego śledzenia serii.

Z jak toporną imitacją stylu oryginalnego rysownika mamy w tym przypadku do czynienia, można sprawdzić samemu, zerkając do archiwalnego wpisu na blogu. Pierwsze plansze Il sogno di Zora pojawiły się w charakterze zapowiedzi one-shota o Elżuni Batory i dają niezłe wyobrażenie o całkowicie odtwórczym stylu całości, choć fabuła ma w nich jeszcze jakiś sens, w przeciwieństwie do już całkiem niestrawnego dalszego ciągu. A zatem po raz pierwszy przyklaskuję "redukcyjnej" praktyce Elvifrance, a co więcej, idę za jej przykładem, machając ręką na sny Zory (Il sogno di Zora) i jej nurzanie się we krwi (Un tuffo nel sangue), skoro wszystkiego tego nie odmalował niezrównany i niezastąpiony Balzano!

OBSESYJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Bez względu na jakość samych historii, okładki Alessandro Biffignandi to niezmiennie małe arcydzieła erotycznego horroru. Ich podziwiania nie miałbym serca nikogo pozbawiać, musiały więc się znaleźć przynajmniej w tym miejscu!

piątek, 26 maja 2023

TERROR BLU. WOJNA PŁCI

Tytuł oryginalny: Terror Blu

n.15 - La guerra dei sessi

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: październik 1977

Skan wydania włoskiego: Charles (VintageComix)

Cyfrowa korekta skanu: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Proponując po raz kolejny opowieść spod szyldu Błękitnego Terroru, narażam się na oskarżenie o monotematyczność. Istotnie, to już piąta odsłona tej serii, na dodatek kolejna z grafikami Francesco Blanca, bodajże najpracowitszego rysownika fumetti per adulti. Moje uporczywe powracanie do Terror Blu pozwala się zarazem racjonalnie uzasadnić. Jako jeden z nielicznych tytułów kieszonkowych konsekwentnie unikał monotematyczności. Choć nietrudno wskazać na powtarzające się wątki, jak podróże w czasie i przestrzeni bądź rozmaite wariacje na temat zbrodni i kary, prawie każda odsłona okazuje się ciekawa z takich czy innych względów, pozostawiając zarazem pewien niedosyt i zachęcając w ten sposób do sięgnięcia po kolejny tomik. W wyjątkowych przypadkach również do zabrania się za jego przekład!

Spolszczenie Wojny płci wydaje się zasadne tym bardziej, że sam koncept świata przyszłości, w którym konflikt pomiędzy kobietami i mężczyznami osiągnął krańcowe stadium, nie jest czymś nowym w naszej kulturze popularnej. Wręcz przeciwnie, Seksmisja (1984) Juliusza Machulskiego to oczywisty punkt odniesienia dla kinomanów i mocny pretendent do tytułu najlepszej rodzimej komedii science-fiction. Jej olbrzymia popularność w okresie, gdy zaczynało się już wielkie odejście publiczności od polskich produkcji, świadczy o tym, że twórcom udało się dotknąć istotnych kwestii tożsamościowych społeczeństwa, na dodatek w przystępnej, rozrywkowej formie, bez katowania widzów ekranowym cierpiętnictwem spod szyldu „moralnego niepokoju”.

Być może lata 80. były ostatnim dogodnym momentem, by tak dobitnie wypowiedzieć się w temacie! Po latach sam Juliusz Machulski skrytykował swoje dzieło, ubolewając nad godzącym w niewieścią godność ostrzem satyry. Doszedł do wniosku, że jego ówczesna krytyka feminizmu była lekkomyślna, nie biorąca pod uwagę licznych niesprawiedliwości i nierówności, jakich doświadczały kobiety w Polsce Ludowej. Cóż, autorefleksja u artysty się chwali, lecz jej nadmiar potrafi skutecznie zablokować twórczą inwencję, o czym świadczą ostatnie produkcje Machulskiego, zupełnie pozbawione pazura, który reżyser „seksistowskiej” Seksmisji najwyraźniej spiłował sobie na własne życzenie, aby przypadkiem kogoś nie zadrasnęły.

Byłoby mało zasadne przedstawiać kieszonkowe fumetti jako komiksowy ekwiwalent Seksmisji. Bardziej zasadna wydaje się konfrontacja z Krainą bez gwiazd, opublikowanym w 1972 roku albumem z francuskiej serii Valerian. Kreując wizję toczących ze sobą nieustanną wojnę państw żeńskiego i męskiego, scenarzysta Pierre Christin pokpiwał sobie z zestawu cech tradycyjnie przypisywanych kobietom i mężczyznom. Płeć piękna okazywała się u niego znacznie bardziej wojownicza, natomiast faceci pozostawieni samym sobie przeistaczali się w wydelikaconych dandysów. Tymczasem pięć lat później Carmelo Gozzo, jak na fabrykatora brukowych opowiastek przystało, odwołuje się wprost do najpowszechniejszych stereotypów, wyciskając z nich tyle, ile się da pomieścić na łamach jednego tomiku Terror Blu. Ta bezpośredniość typu „kijem po łbie” ma w sobie coś odświeżającego, zwłaszcza w konfrontacji ze współczesnym terrorem politycznej poprawności!

DWUPŁCIOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Skoro o Seksmisji mowa... Plakaty tego kultowego klasyka odwoływały się do komiksowej estetyki. I to tej niegrzecznej!

środa, 17 maja 2023

LUCIFERA N°15 - KUSZENIE BRATA JEANA

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.15 - Le tentazioni di Frate Guaccio

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: grudzień 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan francuskiej translacji:

Gentil-Toto & Termineur (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Dotarliśmy do momentu przełomowego, czyli ostatniego epizodu, za którego kształt graficzny odpowiada niezrównany Leone Frollo. Rzut oka na biografię artysty pozwala prześledzić jego dokonania w ramach wydawnictw Edifumetto i Ediperiodici. Jako „fumettista per adulti” zadebiutował w styczniu 1970 roku na łamach Terroru, dla którego stworzył siedem historii. Ostatnia z nich, opublikowana we wrześniu roku następnego, miała za protagonistę osławionego XV-wiecznego arystokratę Gilles'a de Rais, oskarżonego o zamordowanie kilkuset dzieci (!) i konszachty z diabłem. Mroczna, średniowieczna atmosfera tomiku oraz poruszany w niej temat paktu z siłami nieczystymi zapowiadały pierwszą regularną serię Frollo, swobodną adaptację legendy o doktorze Fauście, sprzedającym diabłu duszę za drugą młodość.

Pierwszy tomik Lucifery ukazał się zaledwie miesiąc po wspomnianym Barbablu. Czytelnicy dopiero co ochłonęli po zbrodniach de Rais, kiedy zaatakowała ich nieodparcie ponętna diablica, przyzwana z piekielnych czeluści w celu kuszenia Fausta i odwiedzenia go od prac nad eliksirem dobra, zdolnym wyplenić całe zło z natury ludzkiej. W tym wariancie legendy stawka jest znacznie wyższa niż indywidualne potępienie bądź zbawienie bohatera: ważą się dalsze losy ludzkości! Nic dziwnego, że Szatan wysyła na ziemię swoją najzdolniejszą agentkę. Przy jej tworzeniu Leone Frollo mógł inspirować się działającą od 1969 roku Vampirellą, jednak wyłącznie w aspekcie fizycznym, gdyż charakterystyka postaci jest zgoła inna, wywodząca się prosto z powieści gotyckiej. Kontrastując kruczoczarną diablicę z anielską blondynką Małgorzatą, artysta zademonstrował, że doskonale radzi sobie z portretowaniem różnych typów ponętnych kobiet (co dla Ediperiodici miało niebagatelne znaczenie).

Wenecki rysownik pracował nad Luciferą przez 15 miesięcy, od października 1971 do grudnia 1972 roku. W tym czasie zdążył udowodnić, że dobrze czuje się w niejednej konwencji, przeskakując płynnie z makabrycznej historii o zbrodniach inkwizycji na ziemiach niemieckich do eposu rycerskiego o losach jednej z krucjat, aż po pastisze arabskich opowieści z Księgi Tysiąca i Jednej Nocy. Zaledwie w drugim epizodzie serii nawiązał do baśni z naszego kręgu kulturowego, portretując krasnoludki udzielające ukochanej Fausta gościny w swojej chatce. Wątek ten, choć szybko ucięty wraz z głowami skrzatów, okazał się zapowiedzią kolejnej brawurowej serii Frollo. Dwa pierwsze epizody Biancaneve ukazały się pod koniec 1972 roku, wraz z 14. i 15. odsłoną Lucifery. Prawdopodobnie Królewna Śnieżka nie tylko dla siedmiu krasnoludków, ale też dla samego rysownika okazała się miłością od pierwszego wejrzenia, dla której na dobre porzucił diablicę i której pozostawał wierny przez następne dwa lata. I choć jego rozwód z Luciferą był dla fanów niepowetowaną stratą, pełne werwy i dowcipu przygody seksownej Śnieżki pozwalały osuszyć łzy. A sam Frollo miał jeszcze w rękawie kolejne fascynujące bohaterki…

KUSZĄCE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

To już nie Leone Frollo z lat 70., lecz współcznesny fanart mango-podobny. Dlaczego znalazł się tuż pod linkami tomiku? Tajemnicę rozjaśni jego lektura!