wtorek, 6 września 2022

LUCIFERA N°11 - OGNISTY PTAK

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.11 - L'uccello di fuoco

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: sierpień 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan wydania niemieckiego: Charles (VintageComix)

Przekład z jęz. francuskiego: Vallaor

Opracowanie graficzne: Vallaor

Opracowanie graficzne okładki niemieckiej edycji: Cyfrowy Baron

Zacznijmy od technikaliów: Podstawą polskiej translacji tomiku jedenastego została edycja niemiecka. Czynnikiem decydującym o jej wyborze była oczywiście jakość skanu, ale istotna okazała się też mniejsza inwazyjność dymków w przestrzeń kadru. Otóż we Francji tłumaczy ponosiła wena, skutkująca większą ilością tekstu, ten zaś domagał się miejsca. Rozdęte na jego potrzeby dymki "pożerały" pewną część tła, a czasami potrafiły włazić na głowę samym bohaterom. Niemieccy wydawcy cechowali się w tym względzie znacznie większym poszanowaniem dla oryginalnych plansz. Aby jednak aż tak naszym zachodnim sąsiadom nie kadzić, wbijając przy tym szpilę Elvifrance (co najwyraźniej weszło mi w nawyk!), muszę zdradzić, że tym razem miałem do nich żal za zmiany poczynione w okładce. Na pozór nic nie można jej zarzucić, stanowi bowiem lustrzane odbicie oryginalnej. Ale właśnie! W wyniku efektu odbicia zmieniony został kierunek ruchu na płótnie, a przy okazji oberwało się kolorystyce - barwy stały się zdecydowanie zimniejsze. Cóż, być może nawet dla autora obrazu te ingerencje były do zaakceptowania, tym niemniej sam staram się kierować zasadą dochowywania jak największej wierności pierwszej, włoskiej edycji. Dlatego też za okładkę posłużyła edycja francuska, zaś wersję niemiecką umieściłem na końcu tomiku - obejrzyjcie i osądźcie sami, która z nich prezentuje się lepiej.

Dobór odpowiedniego wariantu okładki ma tym większe znaczenie, że jest to jeden z nie tak znowu licznych przypadków, gdy Averardo Ciriello utrafił w samo sedno, istny miąższ fabuły. Sięgając po tomik z taką obwolutą, odbiorca ma całkiem konkretne oczekiwania, spodziewając się przeżyć wraz z bohaterami podniebną podróż w latającej machinie. I tym razem nie spotka go zawód, jaki mógł być jego udziałem chociażby przy okazji tomiku czwartego, gdzie na żadnej narysowanej przez Leone Frollo planszy nie dało się uświadczyć odzianej w pelerynę diablicy dokonującej magicznego obrzędu nad zemdloną blondynką. Bądź przy numerze dziewiątym, gdzie triumfująca Lucya trzymała w ręce głowę Saladyna; w rzeczywistości nie miała przecież nic wspólnego z jej odcięciem i nikomu jej później nie prezentowała. Ale tak to już przy procesie powstawania fumetti bywało, że nie znający pełnego zarysu fabuły grafik miał za zadanie zaprojektować kompozycję przede wszystkim atrakcyjną. Jeśli przy okazji jakoś tam nawiązywała do treści komiksu, tym lepiej, nie był to jednak priorytet.

W przypadku Ognistego ptaka zapewne łatwiej było zleceniodawcom sprecyzować główną ideę tomiku, zaś wyobraźnia rysownika sama podsunęła domniemany kształt latającej maszyny, wyprzedzającej o ładnych kilka wieków śmiałe projekty Leonarda Da Vinci. Zresztą, żwawo gestykulujący i spoglądający profetycznym wzrokiem brodacz na przedzie ma w sobie coś ze słynnego renesansowego uczonego. Z pełną premedytacją nawiązali do Leonarda scenarzyści, tworząc postać wyprzedzającego swój czas wizjonera. Imię Ikarus wskazuje natomiast na jego słynnego poprzednika, pierwszego, który ośmielił się wzbić w niebo - terytorium, które mocą tradycji zarezerwowane było dla istot nomen omen niebiańskich. W nawiązaniu do Ikara z miejsca pobrzmiewa fatalistyczna nuta, bowiem jak inaczej mógłby się skończyć jego lot niż bolesnym upadkiem? Ponurej tradycji musi stać się zadość! O ile jednak upadek mitologicznego bohatera do morza mógł pozostać niezauważony nawet przez załogę przepływającego tuż obok statku, a co dopiero przez rybaków, pasterzy i rolników na brzegu (patrz Pieter Bruegel), o tyle upadek Ikarusa będzie miał iście spektakularny wymiar i dokona się w jednym z najbardziej ikonicznych miejsc na kulturalnej mapie Europy. Zdradzać nic więcej nie zamierzam, zapraszam do lektury!

IKARUSOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Okładka portugalska jak zawsze na przekór włoskiej. Tym razem olała sobie jakieś tam latające ustrojstwa, stawiając na kanibalizm! Amator ludzkiego mięsa ostrzy pokrzywione zęby na związaną Luciferę, która istotnie wygląda na wielce apetyczny kąsek. Nie znając języka, podejrzewałem nawet, że przemianowano tomik stosownie do ilustracji. Google Translator rozwiewa jednak wątpliwości: O Pássaro de Fogo to istotnie Ognisty ptak!

niedziela, 28 sierpnia 2022

TERROR BLU. POTWORY W NOWYM JORKU

Tytuł oryginalny: Terror Blu

N.1 - Mostri A New York

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Lombardi

Okładka: Pino d'Angelico

Wydawca: Ediperiodici

Pierwsze wydanie: grudzień 1976

Wydawca: Ediperiodici

Skan edycji hiszpańskiej: Layer (CRG)

Skan edycji włoskiej [3 plansze]: Charles (VintageComix)

Konwersja skanu na HD: OldMan

Dalsze opracowanie graficzne: Vallaor

Przekład z języka włoskiego: Vallaor

Łatwiej było dinozaurom przywędrować z prehistorii do naszych czasów, niż niżej podpisanemu powrócić do hobby translacyjnego po urlopowym rozleniwieniu. Leżenie plackiem na plaży, smażenie z przodu, tyłu i na boki, pływanie w ramach przerwy między brązowieniem, oraz nadrabianie zaległości czytelniczych w tych jakże sprzyjających warunkach. Gdzie w tym wszystkim miejsce na babranie się w niższych rejestrach sztuki komiksowej? Jak znaleźć czas na dłubaninę w skanach artefaktów minionej epoki kieszonkowców?!? Zew natury okazał się silniejszy niż miłość do fumetti, a prymitywny instynkt wygrał z kulturą, nawet tą, która do niskich instynktów się odwołuje. Zapewne takie ładowanie baterii słonecznych było niezbędne, aby ze świeżym zapałem powrócić do regularnych publikacji. Najbliższy czas pokaże, jak podziałała solarna kuracja – mogła uderzyć do głowy, skutkując bełkotliwym słowotokiem w miejsce merytorycznie składnej wypowiedzi. Zatem starczy tych urlopowych wymówek!

Terror Blu nie pojawia się tutaj po raz pierwszy. W czerwcu zaprezentowana została historia o ukrytej w australijskim buszu nekropolii pozaziemskiej rasy. Spotkała się z pozytywnym odbiorem, w czym zasługa zarówno zgrabnego scenariusza, jak też miłej dla oka grafiki (warto też wspomnieć o cud-miód okładce Enzo Sciottiego). Otóż w przypadku tej serii przyzwoity poziom był normą. Jak zwykle w przypadku popularnego, wychodzącego regularnie przez lata tytułu zdarzały się historie lepsze i słabsze, lecz kompletne niewypały raczej się nie zdarzały. Stąd decyzja o kolejnej odsłonie Błękitnego Terroru i kto wie, czy wkrótce nie pojawią się kolejne! Tym razem ujawniamy, od czego się to wszystko zaczęło, sięgając do mitycznego numeru jeden, w którym scenarzysta wypala z grubej rury inwazją prehistorycznych gadów na amerykańską metropolię. Czy można wyobrazić sobie bardziej przebojowy początek serii?

Kultura masowa straszy dinozaurami od dawna, zaś perspektywa ich przeniknięcia do współczesności to koncept datujący się przynajmniej od 1912 roku, gdy opublikowano Zaginiony świat Arthura Conana Doyle'a (do spotkania prehistorycznych gadów z najpopularniejszym bohaterem pisarza doszło jednak dopiero 98 lat później, w produkcji studia The Asylum Sherlock Holmes i dinozaury). Z początku umiejscowiano je w odległych lokacjach - tam, gdzie nie postała jeszcze noga białego kolonizatora. Kiedy świat skurczył się tak, że zabrakło dziewiczych rejonów do eksplorowania, pojawienie się dinozaurów należało uzasadnić inaczej. Hodowlą w warunkach laboratoryjnych pod czujnym okiem szalonego profesora; gwałtownym przebudzeniem po tysiącach lat drzemki w wyniku katastrofy naturalnej bądź promieniowania jądrowego; a nawet czymś zupełnie fantastycznym... Ta ostatnia, przecząca prawidłom zdrowego rozsądku ewentualność to właśnie przypadek Potworów w Nowym Jorku!

PRZEDPOTOPOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Wykorzystany do translacji skan pochodzi z edycji hiszpańskiej. Seria Delirium mogła pochwalić się klimatycznym logo, ale też masą tekstu na okładce.
Po samych tytułach można stwierdzić, że "deliryczny" zakres tematyczny był całkiem obszerny. Znalazło się miejsce dla żywych trupów, córki wilkołaka, ludzkiej pochodni, a nawet... nekrofila! Zważywszy jednak na czujność hiszpańskiej cenzury, trudno oczekiwać, by wyczyny tego ostatniego przedstawione zostały w pełnej krasie.
Z jakiegoś powodu wydawnictwo Eliviberia jest dumne z faktu publikacji "edycji europejskiej". Czyżby chodziło o to, że jako pierwsze w kraju wydawało włoskie komiksy w oryginalnym, małym formacie?
DELIRIUM... CHŁÓD NA KAŻDEJ STRONIE! DELIRIUM... KRZYK W KAŻDEJ SCENIE! DELIRIUM... TAJEMNICA W KAŻDEJ HISTORII! DELIRIUM... TERROR W KAŻDYM ODCINKU! DELIRIUM... BEZSENNA NOC!

czwartek, 21 lipca 2022

ZORA WAMPIRZYCA N°10 - CZŁOWIEK AMFIBIA

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.4 - L'uomo anfibio

Wydawca: Edifumetto

Pierwsze wydanie: 6 kwietnia 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Opracowanie graficzne okładki: Cyfrowy Baron & Vallaor

Czy istnieje coś takiego jak człowiek amfibia? W świecie przyrody na 99,9% wykluczyć można taką ewentualność, dlatego właśnie reprezentant owego osobliwego gatunku dołączył do bestiariusza serii, gromadzącego wszelkie anomalie, jakie jest w stanie przywołać bujna wyobraźnia scenarzystów (ochoczo korzystająca z bogatej literatury przedmiotu). Wydaje się również, że oskrzelowy człekokształtny, realny bądź fantastyczny, nie ma swojego ustalonego nazewnictwa w języku polskim. Co najwyżej "człowiek ryba", ale to strasznie nieprecyzyjne określenie, kojarzące się miłośnikom kina gatunkowego z istotami małorozumnymi, znanymi choćby z Wyspy ludzi-ryb. Wystarczy rzut oka na niedorobione, monosylabiczne humanoidy od Sergio Martino, aby przekonać się, że nie mają wiele wspólnego z nader łebskim i wygadanym Amfibem, którego ma okazję poznać Zora.

Wypada lojalnie ostrzec: wątek łuskowatej istoty nie doczeka się konkluzji w niniejszym odcinku. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać, dopóki wampirzyca nie wypełni misji, jaką Amfibia ją obarczyła. Tymczasem poza daniem morskim, nieco na wyrost serwowanym jako główne, znajdziemy tu wiele innych smakołyków do degustacji, zwłaszcza w oryginalnej wersji włoskiej. Francuska edycja ponownie jest uboższa o kilka stron, które "ulotniły się" z różnych przyczyn. Najbardziej oczywiste są względy cenzuralne. Kiedy tylko rysownik Edifumetto zabierał się za zmysłową sekwencję, edytorzy Elvifrance uznawali to za mało istotne dla rozwoju fabuły i skracali do niezbędnego minimum. Usuwali także niewinne plansze krajobrazowe, prezentujące panoramę miasta bądź łódź rybacką miotaną przez morskie fale. Nawet jeśli narracyjnie nie były niezbędne, z estetycznego punktu widzenia mamy do czynienia ze zbrodnią, pozbawieniem opowieści rozmachu i głębi. Przez wiele lat czytania Zary zawsze mi czegoś w niej brakowało. Czegoś niedookreślonego, co sami Francuzi określają jako "je-ne-sais-quoi". No to teraz już wiem, w czym rzecz, je sais parfaitement de quoi il s'agit! Zawsze chodziło właśnie o te nieszczęsne, barbarzyńsko wycięte plansze!

Poza brakiem cenzury oraz tytułowym Amfibą tomik dziesiąty przynosi pierwszą "opowieść w opowieści" traktującą o wielkiej i tragicznej miłości. W przyszłości pojawi się ich znacznie więcej i prawie zawsze motywować będą bohaterkę do podjęcia konkretnych działań w celu zadośćuczynienia krzywd. Zora zdecydowanie nie podziela poglądu niektórych polskich polityków, że "poza Kościołem jest tylko nihilizm" i chociaż sama chętniej zajdzie na mszę czarną niż kościelną (patrz tomik szósty), uznaje zarazem, że nie każdy zły uczynek powinien pozostawać bez kary. Tym razem, aby dokonać pomsty za niewinnie przelaną krew, gotowa jest na wszystko, nawet na... założenie fartuszka panny służącej! Nam zaś pozostaje podziwiać, z jakim wdziękiem nosi ten nietypowy dla siebie strój.

AMFIBIJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Szał uniesień w wersji plażowej. Końska metafora jasna jak słońce prażące urlopowiczów. Rzecz jasna tej pięknej planszy, mojej ulubionej z całego odcinka, nie odnajdziemy w edycji francuskiej!

wtorek, 12 lipca 2022

STORIE BLU. MACKI

Tytuł oryginalny: Storie Blu n.81 - Tentacoli

Wydawca: Ediperiodici

Pierwsze wydanie: 23 styczeń 1986

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Roberto Revello & Studio Giolitti

Okładka: Carmelo Gozzo

Skan edycji włoskiej: Akujo (VintageComix)

Czyszczenie dymków: Doomstep

Liternictwo tytułu: Puciek

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Wakacyjny powrót do Storie Blu. Poszukiwania historii najbardziej adekwatnej do urlopowych klimatów przywiodły mnie do 81. odsłony serii, rzecz jasna ze scenariuszem Carmelo Gozzo, który tym razem zaprojektował także okładkę! Czyżby nie dowierzał grafikom ze studia, że potrafią dochować tajemnicy i nie ujawniać w pełni wyglądu właściciela tytułowych macek? Jeśli istotnie była to przezorność, w pełni się opłaciła: istota siejąca zniszczenie, napędzana psychotyczną (choć w świetle okoliczności w pełni zrozumiałą) wściekłością, okazała się konceptualnym strzałem w dziesiątkę i jednym z najbardziej zapadających w pamięć monstrualnych bohaterów scenarzysty, tym razem rezygnującego zupełnie z wątków science-fiction, wydających się de rigueur w przypadku Błękitnych Historii. Niestety, Ediperiodici nie prowadziło rubryki z listami do redakcji, pozwalającej zapoznać się z opiniami nabywców, nie sposób zatem ustalić, jak wielkim powodzeniem cieszył się we Włoszech tomik nr 81. Wiadomo natomiast, że dekadę temu akwatyczne monstrum Gozzo wzbudziło wielki entuzjazm na BDtrash, forum frankojęzycznych amatorów "Bd de gare", trafiając nawet na awatar jednego z moderatorów. Ciekawe, czy teraz spodoba się polskim czytelnikom? Koniecznie dajcie znać w komentarzach, jak przypadł Wam do gustu ZAMACKOWANY MŚCICIEL!

Na pewno w prezentowanej opowieści ujawnia się w pełni czarny humor Gozzo, nie mającego żadnych oporów przed spuszczaniem wszystkich plag egipskich (w tym przypadku: morskich) na swoje bohaterki. Notabene, do wiekszości fabuł scenarzysty doskonale pasuje termin "gotycka mizoginia", ukuty przez ktytyczkę filmową Karyn Key na okoliczność analizy Oszukanego (The Beguiled), obrazu z Clintem Eastwoodem z 1971 roku. "Don Siegel (reżyser filmu) nienawidzi kobiet - i obawia się ich. Z filmu na film ukazuje ród niewieści jako manipulujący i zły, spiskujący na zgubę mężczyzn." Jak wdzięcznym materiałem do analizy byłby dla niej egzemplarz Tentacoli, gdyby przypadkowo wpadł jej w ręce! Cała produkcja fumetti tascabili mogłaby posłużyć jako przykład mizognizmu kultury popularnej, odpowiadającej na strach mężczyzn przed emancypującymi się kobietami poprzez ukazywanie tychże w jak najgorszym świetle, a następnie masakrowanie na najbardziej wymyślne sposoby. Czy zawarte w fumetti okrucieństwa względem płci pięknej pełniły funkcję terapeutyczną u męskich czytelników? Ten psychoanalityczny aspekt masowej produkcji Edifumetto i Ediperiodici wart jest zbadania!

Przechodząc od kwestii socjologicznych do technicznych, mam przyjemność przedstawić w notce biograficznej dwóch nowych czarcich kontrybutorów! Doomstep zajął się mozolnym czyszczeniem dymków, podczas gdy Puciek zaprojektował polską wersję "mackowatego" tytułu (który podziwiać możemy wewnątrz tomiku). Obydwu serdecznie dziękuję za pomoc i mam nadzieję, że to zaledwie początek naszej owocnej współpracy. Zachęcam także innych amatorów fumetti do wsparcia w chwalebnym zamyśle przybliżania włoskiej pulpy polskim czytelnikom. Im nas więcej, tym zwieksza się szansa na regularne publikacje, jak też na ich różnorodność!

Tymczasem zapraszam do wypuszczenia się na bezkresną przestrzeń Oceanu Atlantyckiego (niedaleko wybrzeża Miami) na luksusowym jachcie wraz z trójką bohaterów Macek. Sielski z pozoru rejs przyniesie im niejedną przykrą niespodziankę, lecz sam czytelnik może spać spokojnie. Prędzej pożre nas rosnąca lawinowo inflacja niż jakaś fantastyczna kreatura z kieszonkowego horroru!

MACKOWATE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Tytułowa strona komiksu w trzech odsłonach: oryginalnej włoskiej, angielskiej translacji Akujo oraz francuskiej (gdzie Macki zastąpiła Ośmiornica). Gdyby nie kontrybucja Pućka, byłbym zmuszony postąpić jak Elvifrance, zastępując stylizowane liternictwo jakąś inną, zapewne neutralną czcionką. Zatem raz jeszcze wielkie dzięki!

środa, 22 czerwca 2022

TERROR BLU. CMENTARZYSKO OBCYCH

Tytuł oryginalny: Terror Blu

N.58 - Cimitero Alieno

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Lorenzo Lepori

Okładka: Enzo Sciotti

Wydawca: Edizioni Segi

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1979

Wydawca: Ediperiodici

Skan edycji włoskiej: VintageComix

Przekład z języka włoskiego i opracowanie graficzne: Vallaor

Tym razem reprezentant serii Terror Blu, wybrany przede wszystkim ze względu na przyzwoity stan skanu wyjściowego. Dobrej jakości kopia cyfrowa jest niestety rzadkością w przypadku tomików opatrzonych szyldem Błękitnego Terroru. Z jednej prostej przyczyny, związanej paradoksalnie z pozytywnym odbiorem serii: ponieważ wyróżniała się na plus w ofercie wydawniczej fumetti, poszła pod skaner amatorów w pierwszej kolejności. Kiedy technika skanowania poszła do przodu, większość tomików Blu była już od dawna przerobiona z papieru na piksele, umieszczona w sieci, przeczytana przez grono zainteresowanych, jak również skomentowana na forach internetowych. Na ponowne zeskanowanie w lepszej rozdzielczości mogą liczyć tylko nieliczne epizody, energia popularyzatorów kieszonkowców skierowana jest przede wszystkim na tworzenie cyfrowych kopii tytułów dotychczas niedostępnych.

Co zatem zadecydowało o tak dużej popularności Błękitnego Terroru pośród włoskich i francuskich fanów (ci drudzy poznawali je incognito, rozsiane po różnych seriach Elivifrance)? To samo, co zwykle przeważa o powodzeniu filmu gatunkowego: dobry scenariusz i atrakcyjna oprawa wizualna. Sprawnie pisane historie zawierały niezbędny dla fumetti per adulti ładunek przemocy i seksu, wynikający jednak logicznie z samej intrygi, nie sprawiający wrażenia dodanego na siłę. Scenariusz podpisał Carmelo Gozzo, odpowiedzialny za wszystkie scenariusze serii, czyli 153 numery plus 65 podwójnej objętości numerów specjalnych. Niekwestionowanemu królowi fumetti tascabili zawdzięczamy również 122 tomiki Storie Blu, oraz współtworzenie takich tytułów jak Zordon, Pig, Storie Viola, Oltretomba i jeszcze kilku innych.

Z jego pokręconą wyobraźnią mogliśmy zapoznać się przy dwóch poprzednich tytułach, Królowej ciemności oraz Planecie swastyki. Charakterystyczny styl i zestaw tematów Gozzo jest rozpoznawalny przez każdego, kto zetknął się choć z kilkoma jego pracami. Cmentrzysko obcych już samym tytułem ujawnia, jakim typem zagrożenia scenarzysta postraszy nas tym razem. Zarazem nie odsłania wszystkich kart, znalazło się tu bowiem miejsce zarówno na stopniowo odsłanianą tajemnicę, jak też na grozę o innym od kosmicznego, bardziej prymarnym obliczu... Wszystko to ładnie zilustrował niezastąpiony Lorenzo Lepori, który tym razem mógł mieć pomocników, dodających co nieco od siebie, efekt końcowy różni się bowiem od większości jego prac.

Za okładkę odpowiada Enzo Sciotti, absolutny mistrz włoskiego plakatu filmowego, którego grafiki od dekad elektryzują maniaków kina gatunkowego na całym świecie. Nie wszyscy jednak kojarzą go z imienia i nazwiska, a już nieliczni zdają sobie sprawę, że przygotował również szereg imponujących prac dla wydawców fumetti. Jego wkład w popularność kieszonkowców jest nie do przecenienia, wiekszość odbiorców osądzało bowiem komiks po okładce, decydując się na zakup wyłącznie na tej podstawie. I słusznie, ponieważ tomiki z frontalną ilustracją Sciottiego są obecnie na wagę złota, bez względu na swą zawartość. Sylwetkę tego wspaniałego artysty przedstawię już wkrótce. Na razie zdradzę tylko, że okładka niniejszej edycji cyfrowej różni się co nieco od wydania włoskiego i francuskiego. Wykorzystałem oryginalną wersję obrazu, która w procesie edytorskim została co nieco przycięta. Polscy czytelnicy jako jedyni mogą podziwiać kompozycję Sciottiego w jej pełnym kształcie!

LINKI Z CMENTARZYSKA:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Od lewej: oryginalna okładka Terror Blu, okładka edycji francuskiej pod lekko zmienionym tytułem Galaktyczny cmentarz, oraz inspirowana pracą Sciottiego obwoluta kasety video filmu Karzan kontra kobiety o nagich piersiach.

poniedziałek, 13 czerwca 2022

LUCIFERA N°10 - BIZANTYJCZYCY

Tytuł oryginalny: Lucifera n.10 - I Bizantini

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: lipiec 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan wydania francuskiego:

Gentil-Toto & Termineur (VintageComix)

Przekład i opracowanie graficzne: Vallaor

"Tak przemija chwała świata!" Nawet wielkie imperia, które przez wieki stanowiły cywilizacyjny i kulturowy punkt odniesienia, mogą ostatecznie popaść w zapomnienie i przetrwać w pamięci pokoleń co najwyżej jako nazwa. Taki smutny los spotkał Bizancjum. Choć rzesze historyków zapewniają, że Cesarstwo wschodniorzymskie to przebogate źródło fascynujących opowieści, żadna z nich nie zadomowiła się w mentalności współczesnych. Zdecydowanie więcej szczęścia miała zdobyta (i wkrótce utracona) przez krzyżowców Jerozolima, jak również Bagdad, o którym co prawda niczego konkretnego nie wiemy, żyje jednak w naszej świadomości jako baśniowa stolica Orientu. Pech Bizancjum wynika więc z jego nieobecności w fundamentalnych dziełach kultury europejskiej. Trudno uwierzyć, ale tej przebogatej cywilizacji nie kojarzymy z żadną wielką fabułą! Cóż zatem z tego, że posiadało imponujący poczet cesarzy i patriarchów, skoro zabrakło Homera bądź Szeherezady, którzy potrafiliby zajmująco o tym wszystkim opowiedzieć.

W obliczu braku konkretnych, automatycznie rozpoznawalnych narracji, do których twórcy popularni mogliby się odwołać, nie powinno dziwić, że tytułowi Bizantyjczycy są w 10. tomiku potraktowani po macoszemu, a pobyt diablicy i jej towarzyszy w Konstantynopolu (ówczesnej stolicy chrześcijańskiego świata!) ma dość krótki charakter. Co prawda w przypadku bohaterów wynika to z przykrej konieczności. Wybór pierwszej atrakcji turystycznej przez Fausta i Caterinę okazuje się tak fatalny w skutkach, że na dalsze zwiedzanie nie ma już ani czasu, ani możliwości. Natomiast Lucifera jako osóbka długowieczna mogła sobie obejrzeć stolicę Cesarstwa już wcześniej, obecnie zaś jej myśli zaprząta wyłącznie zazdrość o ukochanego.

O ile jednak pośpiech protagonistów można usprawiedliwić okolicznościami, o tyle sami twórcy komiksu ponoszą pełną odpowiedzialność za machnięcie ręką na fabularny potencjał egzotycznej lokalizacji. Scenarzysta Giorgio Cavedon mógłby się co najwyżej tłumaczyć wspomnianym wyżej brakiem kulturowych toposów, do jakich mógłby nawiązać. Na złupienie Konstantynopola przez chrześcijańskich rycerzy podczas czwartej krucjaty jest jeszcze 200 lat za wcześnie, a co dopiero na jego ostateczny upadek w XV wieku (jak widać, najbardziej znane nam epizody z dziejów miasta wiążą się z jego klęskami). Do wykorzystania pozostała mu otoczona kultem relikwia: Włócznia św. Maurycego, przez wieki należąca do najważniejszych insygniów bizantyjskich władców.

Podobnej wymówki nie ma niestety Leone Frollo. Niekwestionowany mistrz w kreśleniu sylwetek postaci oraz ich fizjonomii, owych przystojnych męskich oblicz i przeuroczych dziewczęcych twarzyczek, raczej unika szczegółów tła, stosując je głównie w ujęciach ustanawiających (np. sala audiencyjna cesarza Aleksego). Najwyraźniej Bizancjum nie fascynowało go do tego stopnia, by poświęcać mu więcej zachodu, niż to absolutnie niezbędne. Z późniejszych prac artysty wyraźnie wynika, że jego ulubionym okresem historycznym była La Belle Époque oraz następujące po niej lata 20. XX wieku. Dopiero owe dekady zostały odmalowane przez Frollo z wyraźną atencją, przejawiającą się w bogactwie detali.

Bizantyjscy amatorzy mogą poczuć uzasadniony niedosyt, jednak tomik nie powienien zawieść nikogo, kto ceni sobie ironię. W poprzedniej odsłonie cwaniakowi Godefreyowi udało się podwędzić lampę Aladynowi, obracając w niwecz jego matrymonialne plany. Dopiero teraz przekonujemy się, jak daleko idące konwekwencje miała ta ingerencja. Zamiast sympatycznego śniadego chłopca sułtan Omar ma teraz za zięcia wojowniczego szejka Efezu, co w niedalekiej przyszłości poskutkuje zmasowanym atakiem Muzułmanów na Jerozolimę. Do ostatecznej klęski pierwszej wyprawy krzyżowej mogło więc doprowadzić banalne szachrajstwo, dokonane przez nieuwzględnionego na kartach historii, szemranego osobnika... Nie po raz pierwszy i nie ostatni rozbrzmiewa na planszach Lucifery złośliwy chichot losu!

BIZANTYJSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Portugalczycy zorientowali się, że Konstantynopol i jego mieszkańcy niekoniecznie przyciągną czytelników, stąd wyeksponowanie na okładce innego, bardziej pikantnego wątku. Także tytuł Dziewica w opałach pobudza wyobraźnię w znacznie większym stopniu. Sorry, Bizancjum, ale biznes to biznes!

sobota, 4 czerwca 2022

MAKABRA. KRÓLEWSKA CZASZKA

Tytuł oryginalny: Il teschio vivente

Pierwsze wydanie: 6 maj 1980

Scenariusz i grafika: Magnus (Roberto Raviola)

Okładka: Oliviero Berni

Skan włoskich edycji: Charles (VintageComix)

Opracowanie graficzne i przekład z jęz. włoskiego: Vallaor

Projekt graficzny okładki i koncept tytułu: Cyfrowy Baron

Uwaga, tym razem prawdziwa graficzna perełka! Zapowiadając komiks Magnusa w dziewiątej odsłonie Zory posunąłem się nawet dalej, nazywając go ARCYDZIEŁEM. Cóż, była to typowa marketingowa hiperbola! Istnieje kilka innych prac tego znakomitego artysty, kóre w znacznie większym stopniu zasługują na miano opus magnum, chociażby powstała w tym samym czasie Milady nel 3000 (1980), nieco późniejsze Le 110 pillole (1985) czy Le femmine incantate (1987). Jednak w ramach formatu kieszonkowego, gdzie masowy charakter produkcji nie dawał czasu na misterne cyzelowanie każdej planszy, Królewska czaszka pozostaje wyczynem wręcz oszałamiającym, dającym okazję do podziwiania warsztatu jednego z najważniejszych włoskich twórców komiksowych, jak dotąd kompletnie nieobecnego na polskim rynku wydawnicznym.

We wspomnianej zapowiedzi użyty został ponadto nieco inny tytuł, będący dosłownym przekładem oryginalnego Il Teschio Vivente. Wierność wiernością, ale Żyjąca czaszka brzmi wyjątkowo głupio i mogłaby działać wręcz odstraszająco na potencjalnych czytelników! Czym jednak można ją zastąpić? Żywa czaszka i Ożywiona czaszka prezentowały się ździebko lepiej, ale wciąż była to tylko kosmetyka niezbyt szczęśliwej nazwy. Autorzy francuskiego przekładu najwyraźniej mieli podobne wątpliwości, zmieniając tytuł na Le crâne couronnéKoronowaną czaszkę. Niewątpliwie krok w dobrym kierunku, ale rażąco nieprecyzyjny, bowiem lewitujący czerep zamordowanego króla w żadnym momencie nie nosi korony! Ostatecznie z ambarasu poratował mnie Cyfrowy Baron (odpowiedzialny także za rekonstrukcję okładki), sugerując Królewską czaszkę - tytuł, który nareszcie wygląda sensownie, a nawet intrygująco. Co prawda nie zdradza, że w fabule wydarzy się coś nadprzyrodzonego, ale na dobrą sprawę wątek fantastyczny wydaje się doklejony na siłę i kto wie, czy nie został artyście narzucony, aby jego praca mogła ukazać się w ramach horrorystycznej serii Macabro.

Kontrowersje przy opracowywaniu polskiej translacji nie skończyły się na doborze tytułu. Nie byłem pewien, z jakiej wersji Czachy skorzystać: oryginalnej z 1980 roku, czy może rozszerzonej, znanej z kolejnych edycji? Sześć dodatkowych plansz ma charakter ilustracyjno-erotyczny i nie posuwa akcji do przodu (może z wyjątkiem sekwencji nocy poślubnej, której brak w wersji pierwotnej jest ewidentnym zgrzytem). Ponieważ jednak Roberto Raviola narysował je z równym kunsztem, co całą resztę, byłoby przykro z nich rezygnować. Ostatecznie stwierdziłem, że najlepiej będzie pozostawić ich osąd odbiorcom. Sami zadecydujecie, czy są integralną częścią dzieła, czy może niepotrzebnym obscenicznym dodatkiem ku uciesze gawiedzi. Przede wszystkim nie chciałem podążać niechlubnym śladem Elivifrance, które w 1981 roku ocenzurowało pierwszą wersję, wycinając z niej aż cztery plansze (pełna edycja ukazała się po francusku dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku).

Przedstawiona w Czaszce historia Alboina i Rozamundy nie jest w Polsce powszechnie znana. Inaczej we Włoszech, gdzie cieszy się statusem jednej z najważniejszych legend okresu wczesnego średniowiecza. Żyjąca w VI wieku królowa, której okrutny mąż sprezentował kielich stworzony z czaszki jej zamordowanego ojca, stała się bohaterką niezliczonych poematów, tragedii scenicznych i dzieł malarskich. Na srebrnym ekranie pojawiła się już w okresie kina niemego, natomiast najbardziej znany okazał się Miecz zdobywcy (Rosmunda e Alboino), film Carlo Campogallianiego z 1961 roku. Posągowa piękność Eleonora Rossi była szczęśliwym wyborem do roli władczyni o niezłomnym charakterze, jednak swoim zwyczajem cały show skradł Jack Palance jako brutalny i bezwzględny Alboin. W tamtym okresie Palance był etatowym odtwórcą barbarzyńców siejących postrach w całej Europie, w Mongołach André De Totha zdarzyło mu się nawet najechać Polskę! Cokolwiek by nie mówić o ich nader swobodnym podejściu do historii, włoskie spektakle panoramiczne dostarczały solidnej porcji atrakcji, uświadamiając zarazem masową widownię, nie zawsze gruntownie wykształconą, że na przykład istniało na terenach Italii coś takiego jak Królestwo Longobardów, a Kraków był niegdyś stolicą Polski. Być może również komiks Roberto Ravioli, przyciągający uwagę zarówno estetycznym wyrafinowaniem, jak też awanturniczo-pikantną treścią, spełniał mimochodem podobną funkcję edukacyjną?

LINKI KRÓLEWSKIEJ MAKABRY:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Przygotowana przez samego Magnusa okładka reedycji nie pozostawia złudzeń co do nieokrzesanej natury Alboina. Co za maniery jaskiniowca przy królewskim stole!