piątek, 26 maja 2023

TERROR BLU. WOJNA PŁCI

Tytuł oryginalny: Terror Blu

n.15 - La guerra dei sessi

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: październik 1977

Skan wydania włoskiego: Charles (VintageComix)

Cyfrowa korekta skanu: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Proponując po raz kolejny opowieść spod szyldu Błękitnego Terroru, narażam się na oskarżenie o monotematyczność. Istotnie, to już piąta odsłona tej serii, na dodatek kolejna z grafikami Francesco Blanca, bodajże najpracowitszego rysownika fumetti per adulti. Moje uporczywe powracanie do Terror Blu pozwala się zarazem racjonalnie uzasadnić. Jako jeden z nielicznych tytułów kieszonkowych konsekwentnie unikał monotematyczności. Choć nietrudno wskazać na powtarzające się wątki, jak podróże w czasie i przestrzeni bądź rozmaite wariacje na temat zbrodni i kary, prawie każda odsłona okazuje się ciekawa z takich czy innych względów, pozostawiając zarazem pewien niedosyt i zachęcając w ten sposób do sięgnięcia po kolejny tomik. W wyjątkowych przypadkach również do zabrania się za jego przekład!

Spolszczenie Wojny płci wydaje się zasadne tym bardziej, że sam koncept świata przyszłości, w którym konflikt pomiędzy kobietami i mężczyznami osiągnął krańcowe stadium, nie jest czymś nowym w naszej kulturze popularnej. Wręcz przeciwnie, Seksmisja (1984) Juliusza Machulskiego to oczywisty punkt odniesienia dla kinomanów i mocny pretendent do tytułu najlepszej rodzimej komedii science-fiction. Jej olbrzymia popularność w okresie, gdy zaczynało się już wielkie odejście publiczności od polskich produkcji, świadczy o tym, że twórcom udało się dotknąć istotnych kwestii tożsamościowych społeczeństwa, na dodatek w przystępnej, rozrywkowej formie, bez katowania widzów ekranowym cierpiętnictwem spod szyldu „moralnego niepokoju”.

Być może lata 80. były ostatnim dogodnym momentem, by tak dobitnie wypowiedzieć się w temacie! Po latach sam Juliusz Machulski skrytykował swoje dzieło, ubolewając nad godzącym w niewieścią godność ostrzem satyry. Doszedł do wniosku, że jego ówczesna krytyka feminizmu była lekkomyślna, nie biorąca pod uwagę licznych niesprawiedliwości i nierówności, jakich doświadczały kobiety w Polsce Ludowej. Cóż, autorefleksja u artysty się chwali, lecz jej nadmiar potrafi skutecznie zablokować twórczą inwencję, o czym świadczą ostatnie produkcje Machulskiego, zupełnie pozbawione pazura, który reżyser „seksistowskiej” Seksmisji najwyraźniej spiłował sobie na własne życzenie, aby przypadkiem kogoś nie zadrasnęły.

Byłoby mało zasadne przedstawiać kieszonkowe fumetti jako komiksowy ekwiwalent Seksmisji. Bardziej zasadna wydaje się konfrontacja z Krainą bez gwiazd, opublikowanym w 1972 roku albumem z francuskiej serii Valerian. Kreując wizję toczących ze sobą nieustanną wojnę państw żeńskiego i męskiego, scenarzysta Pierre Christin pokpiwał sobie z zestawu cech tradycyjnie przypisywanych kobietom i mężczyznom. Płeć piękna okazywała się u niego znacznie bardziej wojownicza, natomiast faceci pozostawieni samym sobie przeistaczali się w wydelikaconych dandysów. Tymczasem pięć lat później Carmelo Gozzo, jak na fabrykatora brukowych opowiastek przystało, odwołuje się wprost do najpowszechniejszych stereotypów, wyciskając z nich tyle, ile się da pomieścić na łamach jednego tomiku Terror Blu. Ta bezpośredniość typu „kijem po łbie” ma w sobie coś odświeżającego, zwłaszcza w konfrontacji ze współczesnym terrorem politycznej poprawności!

DWUPŁCIOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Skoro o Seksmisji mowa... Plakaty tego kultowego klasyka odwoływały się do komiksowej estetyki. I to tej niegrzecznej!

środa, 17 maja 2023

LUCIFERA N°15 - KUSZENIE BRATA JEANA

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.15 - Le tentazioni di Frate Guaccio

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: grudzień 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan francuskiej translacji:

Gentil-Toto & Termineur (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Dotarliśmy do momentu przełomowego, czyli ostatniego epizodu, za którego kształt graficzny odpowiada niezrównany Leone Frollo. Rzut oka na biografię artysty pozwala prześledzić jego dokonania w ramach wydawnictw Edifumetto i Ediperiodici. Jako „fumettista per adulti” zadebiutował w styczniu 1970 roku na łamach Terroru, dla którego stworzył siedem historii. Ostatnia z nich, opublikowana we wrześniu roku następnego, miała za protagonistę osławionego XV-wiecznego arystokratę Gilles'a de Rais, oskarżonego o zamordowanie kilkuset dzieci (!) i konszachty z diabłem. Mroczna, średniowieczna atmosfera tomiku oraz poruszany w niej temat paktu z siłami nieczystymi zapowiadały pierwszą regularną serię Frollo, swobodną adaptację legendy o doktorze Fauście, sprzedającym diabłu duszę za drugą młodość.

Pierwszy tomik Lucifery ukazał się zaledwie miesiąc po wspomnianym Barbablu. Czytelnicy dopiero co ochłonęli po zbrodniach de Rais, kiedy zaatakowała ich nieodparcie ponętna diablica, przyzwana z piekielnych czeluści w celu kuszenia Fausta i odwiedzenia go od prac nad eliksirem dobra, zdolnym wyplenić całe zło z natury ludzkiej. W tym wariancie legendy stawka jest znacznie wyższa niż indywidualne potępienie bądź zbawienie bohatera: ważą się dalsze losy ludzkości! Nic dziwnego, że Szatan wysyła na ziemię swoją najzdolniejszą agentkę. Przy jej tworzeniu Leone Frollo mógł inspirować się działającą od 1969 roku Vampirellą, jednak wyłącznie w aspekcie fizycznym, gdyż charakterystyka postaci jest zgoła inna, wywodząca się prosto z powieści gotyckiej. Kontrastując kruczoczarną diablicę z anielską blondynką Małgorzatą, artysta zademonstrował, że doskonale radzi sobie z portretowaniem różnych typów ponętnych kobiet (co dla Ediperiodici miało niebagatelne znaczenie).

Wenecki rysownik pracował nad Luciferą przez 15 miesięcy, od października 1971 do grudnia 1972 roku. W tym czasie zdążył udowodnić, że dobrze czuje się w niejednej konwencji, przeskakując płynnie z makabrycznej historii o zbrodniach inkwizycji na ziemiach niemieckich do eposu rycerskiego o losach jednej z krucjat, aż po pastisze arabskich opowieści z Księgi Tysiąca i Jednej Nocy. Zaledwie w drugim epizodzie serii nawiązał do baśni z naszego kręgu kulturowego, portretując krasnoludki udzielające ukochanej Fausta gościny w swojej chatce. Wątek ten, choć szybko ucięty wraz z głowami skrzatów, okazał się zapowiedzią kolejnej brawurowej serii Frollo. Dwa pierwsze epizody Biancaneve ukazały się pod koniec 1972 roku, wraz z 14. i 15. odsłoną Lucifery. Prawdopodobnie Królewna Śnieżka nie tylko dla siedmiu krasnoludków, ale też dla samego rysownika okazała się miłością od pierwszego wejrzenia, dla której na dobre porzucił diablicę i której pozostawał wierny przez następne dwa lata. I choć jego rozwód z Luciferą był dla fanów niepowetowaną stratą, pełne werwy i dowcipu przygody seksownej Śnieżki pozwalały osuszyć łzy. A sam Frollo miał jeszcze w rękawie kolejne fascynujące bohaterki…

KUSZĄCE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

To już nie Leone Frollo z lat 70., lecz współcznesny fanart mango-podobny. Dlaczego znalazł się tuż pod linkami tomiku? Tajemnicę rozjaśni jego lektura!

piątek, 28 kwietnia 2023

ZORA WAMPIRZYCA N°16 - DWIE DZIEWICE

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.10 - Le due verginelle

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 23 czerwiec 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

W szesnastej odsłonie występnych przygód Zory nic nie jest takie, jakim się na pierwszy rzut oka wydaje! Chociażby dziewczęta z tytułu, które pod względem fizycznym istotnie spełniają kryteria dziewictwa. Błędem byłoby natomiast kojarzyć ich nienaruszony hymen z zestawem cech psychologicznych, jakie przypisuje się dziewicom: wstydliwością, niewinnością, brakiem doświadczenia w domenie miłości fizycznej. Od tych przymiotów jest obydwu uczennicom koledżu jak najdalej, dlatego tym bardziej szkoda, że Zora i Frau widzą w nich przede wszystkim smakowity posiłek. Gdyby nie były takie łakome, zyskałyby pojętne adeptki, umilające im czas znacznie dłużej!

Czytelnicy, którzy zapoznali się z pierwszą translacją tego tomiku (opublikowaną kilkanaście lat temu jako Zara), nie będą zaskoczeni rozwojem akcji, mogą natomiast zdziwić się dodatkowymi sześcioma stronami, których próżno szukać we francuskim wydaniu. Czy o ich usunięciu zdecydowała oszczędność miejsca, pozwalająca umieścić w tomiku większą liczbę reklam, czy może względy cenzuralne? Wykorzystajmy sprzyjającą okazję, aby przyjrzeć się bliżej owym unikatowym dla wersji włoskiej stronicom i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Elvifrance się ich pozbyło! Spojlerów uniknąć się nie da, dlatego polecam lekturę tekstu pod linkami już po zapoznaniu się z treścią epizodu.

DZIEWICZE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

„We trójkę możemy świetnie się bawić!” Eva próbuje udobruchać urażoną Annę, zwracając uwagę na pozytywny aspekt szantażu nauczycielki. Brak tej strony w wersji francuskiej wynika wyłącznie z oszczędności miejsca, figlarna natura Evy została zasygnalizowana już wcześniej – zarówno w dialogu, jak też przez kokardkę, znamionującą zalotną naturę dziewczyny.

„Mam nadzieję, że się wam spodobamy!” Anna co prawda kokardki nie nosi, ale okazuje się równie śmiała i bezpruderyjna co jej towarzyszka. Usuniecie planszy to ewidentnie robota cenzorów, którym nie w smak była frontalna nagość panienek najpewniej niepełnoletnich!

„Poderżniemy im gardło!” Frau Murder wykazuje się iście morderczą inwencją. Wycięcie tej planszy stworzyło niejaki suspens odnośnie zastosowanej przez wampirzyce metody zamaskowania ran po ugryzieniach. Szkoda jednak pięknie narysowanej Frau!

„Już wkrótce czeka nas dobra ciepła kąpiel.” Pozostajemy trochę dłużej z nauczycielkami, wywiedzionymi do lasu przez Zorę z intencją uśmiercenia. Teraz nawet bardziej szkoda biedaczek, które nie posłużyły wampirzycy nawet za pokarm...

„Jestem pewna, że Jefferson mnie kocha oraz że będzie mi wierny i oddany!” Najwyraźniej cenzorzy kręcili nosem na nieuzasadnioną fabularnie nagość nawet w wydaniu głównej bohaterki, piękności zdecydowanie dojrzałej! Jej optymizm znajduje ironiczny kontrapunkt na planszy następnej, gdzie dowiadujemy się, co tak naprawdę myśli daleki od miłosnego zauroczenia Jefferson.

„Zora zakochana! Nie do wiary!” Frau z dezaprobatą stwierdza, że jej przyjaciółka, na co dzień tak bezwględna i zasadnicza, straciła głowę dla faceta. Samej Frau zdecydowanie obca jest słabość do płci przeciwnej!

Żadna z wyciętych plansz nie była niezbędna dla rozwoju fabuły, jednak pozbycie się ich zdecydowanie ją zubożyło. Machnijmy więc ręką na okaleczoną cenzorskimi nożycami Zarę i podziwiajmy w pełnej krasie jedyną, niepowtarzalną Zorę!

Cyfrowy Baron zaproponował alternatywną wersję okładki, której nie wykorzystałem ze względu na zbyt wyraźny moim zdaniem wpływ obróbki komputerowej. Efekt jest jednak na tyle ciekawy, że warto go zademonstrować! A nuż przypadnie komuś do gustu bardziej niż ta "analogowa"!

czwartek, 13 kwietnia 2023

TERROR BLU. MÓZG SAPIENS

Tytuł oryginalny: Terror Blu

n.03 - Cervello sapiens

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: luty 1977

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Mike_Cek & Paguro Selvaggio

Cyfrowa korekta skanu: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Błękitny Terror, wyprzedzony w styczniu przez Zaświaty (Oltretombę), ponownie idzie z nimi łeb w łeb jako najczęściej publikowana czarcia seria, mająca duże szanse wysunąć się na prowadzenie! Bez dwóch zdań jest to jeden z najciekawszych tytułów w katalogu Ediperiodici, mogący pochwalić się zgrabnymi scenariuszami, jak też przyzwoitą, czasami wręcz miłą dla oka oprawą graficzną (zdarzały się też niechlubne wyjątki, lecz o nich cicho sza!). W upichconej przez Carmelo Gozzo gatunkowej mieszance wszystko się ze sobą dobrze klei. Groza nie pojawia się skądinąd, logicznie uzasadniona konceptami rodem z fantastyki naukowej. Erotyka, obowiązkowy element składowy w publikacjach "per adulti", została potraktowana jako nieodłączny element osobowości homo sapiens, determinujący jego poczynania. Ulegają mu zresztą nie tylko ludzie, ale też inne istoty rozumne, chociażby odwiedzający ziemię w niecnych celach kosmici. Być może już wkrótce takie niebezpieczne ufoludki pojawią się w polskim przekładzie, lecz na chwilę obecną musi wystarczyć nam zło, które człowiek czyni.

Tak się ładnie składa, że tematyka Mózgu Sapiens koresponduje z zakończonymi kilka dni temu świętami wielkanocnymi, celebrującymi śmierć i zmartwychwstanie. Rezurekcja w wydaniu chrześcijańskim zakłada interwencję sił nadprzyrodzonych, będących w stanie zawiesić prawa natury i dokonać cudu. Niestety jest to cud w edycji limitowanej, ograniczonej do samego Jezusa i dwóch ożywionych przez niego osób (dziewczynki i Łazarza), co miało miejsce przed ponad dwoma tysiącami lat. Od tamtego czasu wierzący muszą zadowolić się obietnicą życia wiecznego w formie bezcielesnej, w alternatywnym wobec naszego wymiarze duchowym. Co prawda coś tam się przebąkuje o wskrzeszeniu powłoki cielesnej, ma to jednak nastąpić dopiero w dniu Sądu Ostatecznego, którego terminu nie sposób precyzyjnie ustalić. Zatem żadne ziemskie ciało, nawet rozmodlone, nie uniknie procesu rozpadu.

Co jednak, gdyby do akcji wkroczyła technika, pozwalająca na przedłużenie funkcji życiowych? Niewątpliwie musiałoby to dokonać się jakimś kosztem, na przykład wymiany organów biologicznych na mechaniczne. Jak wskazuje sam tytuł, Mózg Sapiens rozważa jeszcze inną opcję, mianowicie funkcjonowanie samego umysłu w separacji od reszty ciała. Czy przedłużenie egzystencji w takiej zredukowanej formie byłoby dla człowieka błogosławieństwem czy przekleństwem? Gdyby rozważyć wszystkie za i przeciw, może się okazać, że śmierć jako absolutny koniec egzystencji nie jest wcale taką najgorszą opcją!

LINKI SAPIENS:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

"Opowieść o tajemniczej mocy, która potrafi przybierać nieskończenie różne formy. Mocy, która wymyka się naszemu pojmowaniu świata. (...) Tajemnicy tak ciemnej i głębokiej, jak kosmiczna przestrzeń…" - głosi opis z polskiego wydania Alfy i Omegi, klasycznego tomiku serii Dylan Dog. Nie byłbym zdziwiony, gdyby Tiziano Sclavi przy jego tworzeniu mocno inspirował się przede wszystkim Cervello Sapiens!

środa, 29 marca 2023

ZORA WAMPIRZYCA N°15 - GORSZYCIELKA

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.9 - La corruttrice

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 15 czerwiec 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Przyszedł czas na zwieńczenie pojedynku krwiopijczyń! Która infernalna piękność wykaże się większą bezwzględnością i okrucieństwem? Na pierwszy rzut oka subtelna Angielka Zora wydaje się bez szans w starciu z bezwstydną Niemrą Frau Murder. Pozory jednak mylą i często to właśnie anielskie blondyneczki okazują się bardziej wyrachowane i perfidne. Wynik starcia nie jest zatem przesądzony, a wnioskując po wyborze, jakiego ostatecznie dokonuje Frau, ma ona charakterologicznie znacznie więcej wspólnego ze swoją rywalką, niż byłaby skłonna przyznać.

Obie wampirzyce interpretują „nikczemny czyn” w kategoriach moralnych, jako sprowadzenie wybranej przez siebie duszyczki na złą drogę i powiedzenie jej aż do piekła bram. Żadna nie zdecydowała się na aktywność, która bez względu na rozmiar poczynionych szkód potępiałaby wyłącznie je same. Na przykład podpalenie kościoła z wiernymi w środku byłoby niewątpliwie draństwem do kwadratu, ale najpewniej poskutkowałoby trafieniem wszystkich zwęglonych prosto do nieba w charakterze świętych męczenników, co nie przysporzyłoby Szatanowi żadnych wymiernych korzyści.

Takie subtelne podejście ma również niebagatelne znaczenie dla zachowania naszej sympatii względem protagonistek. Decydując się na śledzenie przygód wampirzyc, akceptujemy już na wstępie, że zachowywać się będą zgodnie ze swoją drapieżną naturą, regularnie łamiąc piąte przykazanie już dla samego przetrwania. Zarazem muszą wykazać się czymś więcej, pewnym zestawem cech budzących nasze uznanie. W przypadku komiksu z zabarwieniem erotycznym podstawowym czynnikiem jest sexappeal, owa niezawodna "broń kobieca". Nie tylko śledzimy perypetie Zory, ale też machamy ręką na jej liczne występki już z tego względu, że jest oszałamiającą pięknością, a takiej skłonni jesteśmy wybaczyć wszystko. Oczywiście na samym wyglądzie nie kończą się zalety złotowłosej wampirzycy. Z rozpędu chciałem je tutaj wymienić, ale czy miałoby to sens? Niech każdy sam poduma, za co polubił Zorę, rzecz jasna poza jej absolutnie oszałamiającym aspektem fizycznym.

GORSZYCIELSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Grymas na ustach Frau nie jest z pewnością równie tajemniczy co uśmiech Giocondy. Nietrudno stwierdzić, że skrywa jakieś łajdactwo. Zarazem wiąże się z nim pewna zagadka. Jaka inna bohaterka uśmiechała się w podobny, jeśli nie identyczny sposób? Pytając bez ogródek: od jakiego rysownika Birago Balzano ten obrazek skopiował?!?

poniedziałek, 20 marca 2023

LUCIFERA N°14 - W STRONĘ TURYNGII

Tytuł oryginalny: Lucifera n.14 - Verso la Turingia

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: listopad 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan wydania niemieckiego: Charles (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Czternasty epizod jest w dużej mierze przełomowy, choć jeszcze nie w takim stopniu jak następny. Okazuje się, że na drodze do Turyngii wychodzi na jaw skrzętnie dotąd skrywana, prawdziwa tożsamość Lucyi. Zdemaskowanie bohaterki określi na nowo dynamikę jej relacji z Faustem. Dotychczas zmuszona była hamować przy nim swoje drapieżne instynkty, nie zawsze całkiem skutecznie, lecz wystarczająco, by zmylić jego czujność. Jednakże do czasu… Trudno uciec przed swoją prawdziwą naturą, tym bardziej w relacji z najbliższą osobą. Prędzej czy później wyjdzie szydło z worka, zaś z temperamentnej kobiety – prawdziwa diablica!

Na pozór takie odsłonięcie kart wydaje się zabójcze dla relacji protagonistów. Chodząca prawość i szlachetność, jaką jawi się doktor Sonder, nie zechce przecież mieć nic wspólnego z wcieleniem występku i nieczystej żądzy? Pozory mylą! Przeciwności się przyciągają, mimowolnie zafascynowane sobą nawzajem. Na zmianę kochając się i nienawidząc, bohaterowie nie potrafią całkowicie przeciąć łączących ich więzów. Można rzecz ująć prostacko, sprowadzając wszystko do seksu: Luci jest zbyt dobra w te klocki, aby dorównać jej mogła jakakolwiek ziemianka, nawet tak słodka i ponętna jak Małgorzata. Dlatego też Faust nigdy do końca nie wyrwie się z szpon kruczowłosej kochanki i nie będzie mu dane zakosztować życia rodzinnego na wzór chociażby Thorgala (kolejny bohater, o którego względy walczą anielska blondynka z infernalną brunetką). Choć w tym momencie opowieść zdaje się zmierzać ku nieuchronnemu końcowi, tak naprawdę dopiero się rozpoczyna, a Faust jeszcze nie raz ulegnie swej słabości względem pięknego, lecz zdecydowanie nieboskiego ciała Lucifery.

Tym niemniej pewne rzeczy już wkrótce skończą się definitywnie. Następny tomik zwieńczy wątek inkwizycyjny i zarazem jako ostatni firmowany będzie przez dotychczasowego, znakomitego grafika. Nie jestem jeszcze pewien, jak duże będzie to miało znaczenie dla częstotliwości translacji. Czy znajdę w sobie dość entuzjazmu, aby poświęcać swój czas serii, gdy ta ewidentnie obniży loty pod względem graficznym? Nie sposób w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie, dlatego cieszmy się tym, co mamy, czyli kolejnym, przedostatnim już popisem mistrzowskiej kreski Leone Frollo.

DEMASKATORSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Przyznajmy, oryginalny tytuł tomiku nie przykuwa specjalnie uwagi, dlatego decyzja wydawców z innych krajów o jego zamianie wydaje się zrozumiała. Niemcy postawili na Luciferas Demaskierung, zdradzając główny twist scenariusza (podobnie zresztą jak ja sam we wstępniaku!). Portugalczycy zabrali zaś czytelników Nas masmorras da tortura, czyli w podziemia tortur, przygotowując również stosowną okładkę.

czwartek, 9 marca 2023

SEXY FAVOLE. DZIESIĘCIU RYCERZY I JEDEN MAG

Tytuł oryginalny: Sexy Favole

n.33 - Dieci cavalieri e un mago

Wydawca: Geis Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 29 listopad 1974

Scenariusz i grafika: Roberto Raviola (Magnus)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Uwaga! Nie mamy tu do czynienia z kolejnym one-shotem, na podstawie którego można wyrobić sobie opinię o konkretnej włoskiej serii małego formatu. Jeśli uznać go za jej wizytówkę, to została ona wykonana z tak dalece szlachetniejszego materiału niż cała reszta, że w żadnym razie nie może zostać uznana za okaz reprezentacyjny. I chyba nie mogło być inaczej, skoro do współpracy przy tym tomiku Sexy Favole zaproszono Roberto Raviolę, legendarnego już wówczas pioniera fumetti neri. A może on sam zaproponował, że stworzy swoją własną pikantną parodię baśni? W każdym wypadku efekt jest taki sam. Dziesięciu rycerzy całkowicie przyćmiło resztę serii, którą przywołuje się obecnie głównie w kontekście tego jednego tytułu. Podobnie było w przypadku Macabro, gdzie najjaśniejszym blaskiem lśniła Il Teschio Vivente, czyli znana już nam Królewska czaszka, również podpisana przez Magnusa. Tam jednak honoru całej reszty bronił Leone Frollo z dwiema wysmakowanymi plastycznie opowieściami.

Trudno powiedzieć, czy wśród pozostałych 59. tomików Sexy Favole ukrywa się jakaś perełka. Znaczący jest fakt, że francuski odpowiednik serii, Contes féérotiques, zmienił numerację tomików, rozpoczynając publikację właśnie od Magnusa. Tytuł zmieniony został na Ainsi parlait Zara Fouchtra (Tako rzecze Zara Ruchajka?!?), zgodnie z intrygującą polityką Elvifrance zamieszczania zabaw słownych i kulturalnych aluzji w tytułach tomików. Również sam tekst uległ znaczącym modyfikacjom, zależnym chyba tylko od widzimisie tłumacza, nierzadko posuwając się do zmiany treści. Z tego względu wszystkim chętnym zapoznać się z Rycerzami w wersji francuskiej polecam raczej bliższe oryginałowi tłumaczenie z wydania zbiorczego Delcourt pt. L'Internat féminin et autres contes coquins. Dodatkowym atutem tej edycji jest kilka plansz domalowanych przez Magnusa po 11 latach, z okazji reedycji Collana Necron. Plansze te, zgodnie z dosadnym duchem lat 80., prezentują detalicznie odmalowane narządy płciowe bezwstydnie rozwarte bądź wyprężone, skoro jednak je także cechuje typowa dla rysownika maestria, nie sposób uznać ich za niepotrzebny wtręt. Od 1985 roku stanowią integralną część komiksu, nie pominiętą w żadnym z późniejszych wydań (pojawiają się także w niniejszej translacji).

Skoro przynależność do konkretnej serii jest tym razem kwestią przypadkową, powstaje pytanie, czy w ogóle mamy do czynienia z "czarcim kieszonkowcem"? Może Dziesięciu rycerzy należy rozpatrywać wyłącznie w odniesieniu do innych dzieł Magnusa, pomijając okoliczności powstania? Trwałbym przy stanowisku, że charakter pierwotnej publikacji jest zbyt znaczącym czynnikiem, by mógł zostać pominięty, gdyż determinuje zarówno treść, jak i formę dzieła. Inna sprawa, że w ramach narzuconej konwencji Magnus zgodnie ze swoim przydomkiem dokonywał cudów, stawiając poprzeczkę chyba zbyt wysoko dla innych twórców fumetti tascabili, nie mogących nawet marzyć o osiągnięciu podobnego mistrzostwa. Jeśli zaś o diabelskość chodzi... Akurat w tej baśni siły piekielne nie raczą się objawić, maksimum atrakcji zapewniają rozmaite formy białej i czarnej magii. Zarazem przewrotność scenarzysty, wielokrotnie zmieniającego front i obchodzącego się ze swoimi bohaterami (zwłaszcza tymi męskimi) wyjątkowo bezceremonialnie, ma w sobie coś niewątpliwie czarciego. Diabeł tkwi w szczegółach, zalecam więc uważną lekturę!

BAŚNIOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Na potrzeby Collana Necron powstała też nowa okładka, skwapliwie ukazująca rozmaite atrakcje tomiku, ale gdzie w tym kolażu tytułowych dziesięciu rycerzy?! Co za dyskryminacja płci brzydkiej!