poniedziałek, 26 lutego 2024

ZORDON N°02 - GORĄCE CIAŁO JANE

Tytuł oryginalny: Zordon

n.02 - Il caldo corpo di Jane

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: styczeń 1975

Scenariusz: Ennio Missaglia

Grafika: Bruno Marraffa

Skan wydania włoskiego i francuskiej translacji:

Charles (VintageComix), AtomHic (BDtrash)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Oj dana dana; Nie ma szatana; A świat realny jest poznawalny

Nie bez przyczyny przywołuję słowa klasyka polskiej muzyki rozrywkowej! Wydawałoby się, że gdzie jak gdzie, ale w przypadku prezentowanych na tym blogu komiksów istnienie mrocznych metafizycznych sił nie powinno być kwestionowane! O ile jednak radosna deklaracja materializmu, tak pięknie wyśpiewana przez Skaldów, ma się nijak do Zory czy Lucifery, które nie tylko w diabła wierzą, ale też wchodzą z nim w różnego rodzaju układy, o tyle do Zordona pasuje jak ulał. Podobnie jak inny fragment tego samego utworu: "życie jest formą istnienia białka". W ramach nowej serii metafizyki nie uświadczymy, a cała niezwykłość przedstawianych wypadków znajdzie swoje racjonalne uzasadnienie.

Dzieje się tak, ponieważ punktem odniesienia dla komiksu z grafikami Bruno Maraffy i scenariuszem Ennio Missagli jest sceptyczna dekada lat 70., w której przeżytkiem stały się wszelkie irracjonalizmy i spirytualizmy. W kulturze popularnej nastał czas pożegnania z pocieszycielskimi baśniami i trzeźwego spojrzenia na otaczający świat, w którym tylko nauka daje jako takie rozeznanie. Niestety niewystarczające, aby poczuć się komfortowo, zbyt dużo pozostało pytań i niewiadomych. Zdecydowanie więcej niż wcześniej, gdy religijne mity tłumaczyły wszystko to, co niepoznane. Także konstatacja, że jedynym obcym wymiarem jest ten kosmiczny, nie przyniosła pocieszenia. Wręcz przeciwnie, zaczęto spoglądać na odległe konstelacje z obawą przed ich potencjalnymi mieszkańcami!

Ten stan kosmicznego niepokoju znalazł odzwierciedlenie na rynku wydawniczym fumetti per adulti. Znacznej redukcji uległa liczba komiksowych horrorów, a te, które trzymały się najmocniej, jak Terror czy Oltretomba, zaczęły faworyzować wątki fantastyczno-naukowe kosztem dominujących wcześniej gotycyzmów. Wampiry i wiedźmy sukcesywnie ustępowały pola złowrogim kosmitom, którzy już na dobre urządzili się na łamach tytułów z drugiej połowy dekady: Terror Blu i Storie Blu. Na łamach tych serii regularnie pojawiało się różnego rodzaju pozaziemskie zagrożenie: kosmici dysponujący wyrafinowaną techniką, którą wykorzystują do uprzykrzania życia rodzajowi ludzkiemu. Nowy typ antagonisty okazał się bardziej przerażający od klasycznego upiora, z którym dało się wygrać, przyzywając na pomoc instancję wyższą. Tymczasem przysłowie „jak trwoga, to do Boga” nie znajduje zastosowania w przypadku konfrontacji z kosmitą, nie uciekającym gdzie pieprz rośnie na widok krzyża, natomiast potrafiącym na przykład rozszczepić nasze cząstki elementarne swoim molekuło-dezintegratorem! Bądź też, tak jak „istota myśląca” Zordon, dostać się prosto do naszej głowy, by narzucić nam swoją nieubłaganą wolę…

KORPORALNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Podejrzenie złowrogich zamiarów UFO względem nas obrodziło mnogością teorii spiskowych, które chyba nigdy nie miały się tak dobrze jak teraz, gdy za sprawą przeglądarki internetowej każdą spekulację mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy kilka kliknięć, by odsłonić wszelkie tajemnice Obcych. Chociażby tajemnice ich… klozetów!

piątek, 16 lutego 2024

ZORA WAMPIRZYCA N°21 - DIABOLICZNY WALC

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.17 - Diabolico valzer

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 5 październik 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Cyfrowa korekta okładki: Cyfrowy Baron

Korekta: Aristejo

Gdy opuszczaliśmy Zorę w ostatnim tomiku, zmierzała do Wenecji z wozem pełnym złota, licząc na rychłe spotkanie z przyjaciółką. Ta jednak zniknęła, uciekając przed policją, zapewne słusznie podejrzewana przez nią o uśmiercenie męża. Właściwie już samo nazwisko Frau Murder powinno mieć efekt odstraszający względem potencjalnych kandydatów do ręki! Książę Valdemaron zignorował ten sygnał alarmowy i nie wyszedł na tym najlepiej… Na odpowiedź, czym konkretnie naraził się pani małżonce, trzeba będzie jednak poczekać do następnego epizodu. Właściwą treścią Diabolicznego walca jest bowiem, zgodnie z tytułem, muzyka o szatańskiej proweniencji!

Związek muzyki z piekielnymi mocami jest przynajmniej tak stary, jak chrześcijaństwo, które od zawsze nieprzychylnym okiem patrzyło na działalność artystyczną wywołującą w odbiorcy uczucie euforii. Ekstaza jest bowiem akceptowana przez Kościół wyłącznie w sytuacji, gdy za przyczynę ma Boga! Kompozytorzy byli zatem zobligowani do wskazywania religijnych źródeł inspiracji swych dzieł, bez względu na osobiste zapatrywania. Tajemnicę melodycznego geniuszu wyjaśniano „bożą iskrą” i „niebiańskim natchnieniem”. Cóż jednak począć z muzykami, których sama gra wyrażała namiętność, jakiej próżno szukać pośród anielskich zastępów? Artystami niepokojącymi, w miejsce harmonii wprowadzającymi dysonans, stateczną równowagę zastępującymi nerwowym rozedrganiem?

Taki oto przypadek miał miejsce na początku XIX wieku, gdy na scenę wkroczył Niccolò Paganini, genialny wirtuoz skrzypiec, który już jako nastolatek oszałamiał swą grą całą Europę. Sukces w tak młodym wieku miał skutki uboczne, popychając artystę w szpony nałogów: alkoholu, hazardu i łatwych kobiet. Złe prowadzenie się znacząco zmniejszało szanse na uznanie Niccolò bożym pomazańcem, a przecież jego niezrównane wirtuozerstwo było w oczach wszystkich prezentem od sił nadprzyrodzonych. Jako jeden z pierwszych muzyków występujących na żywo bez nut potrafił zapamiętywać niezwykle skomplikowane utwory. Był autorem nowatorskich technik gry, a ponadto grał najszybciej na świecie: 12 nut na sekundę! Tę szatańską (achem!) sprawność zawdzięczał nietypowej długości palców, wynikającą z genetycznego schorzenia nazywanego obecnie Zespołem Marfana. Rzecz jasna dwa stulecia temu każda fizyczna anomalia kojarzona była z działalnością sił nieczystych…

Paganini miał tyle szczęścia, że w swojej epoce miał już małe szanse na spalenie na stosie za domniemane czarnoksięstwo. Tym niemniej podejrzenie o kontrakt z diabłem, jaki rzekomo spisał w zamian za wyjątkowy talent, towarzyszyło mu przez większość życia i było przyczyną niejednej przykrości. Największym skandalem okazał się brak zgody Niccolò na ostatnie namaszczenie przed śmiercią. Kościół uczynił ze zmarłego muzyka przykład ku przestrodze, odmawiając mu pochówku przez cztery lata – trumna z zabalsamowanym "potępieńcem" zdążyła w międzyczasie odbyć tournée po Europie!

Sam Paganini nie pojawia się na kartach 21. tomiku Zory, natomiast nietrudno doszukać się wielu cech wspólnych z Nicolo Gorinim, właściwym bohaterem tej odsłony serii. Można podejrzewać, że w ramach gotyckiej narracji kontrakt muzyka z diabłem okaże się czymś więcej niż krzywdzącą pogłoską. Zarazem scenarzyści fumetti nie decydują się na powtarzanie herezji o nadnaturalnych źródłach talentu skrzypka. Gorini, podobnie jak jego słynny imiennik, do wirtuozerii doszedł ciężką pracą, poprzez wyrzeczenia i znoje, pot i łzy! Dlatego też gotowy jest na wszystko, aby wypracowanego z takim poświęceniem mistrzostwa nie stracić…

WALCZYKOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Wszyscy, którzy po lekturze odczują niedosyt, powinni sięgnąć po Potępienie Paganiniego. Powieść Anatolija Winogradowa szczególny nacisk kładzie na machinacje jezuitów, którzy uwzięli się na niepokornego muzyka i za punkt honoru uczynili zszarganie jego opinii publicznej oraz rychłe wpędzenie do grobu. Choć plan wrednego zakonu udał się niestety w pełni, muzyka i legenda Paganiniego przetrwały, a diabelskie konotacje tylko przysparzają im popularności!

wtorek, 30 stycznia 2024

LUCIFERA N°19 - SYRENY

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.19 - Le sirene

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: kwiecień 1973

Scenariusz: Giorgio Cavedon

Grafika: Tito Marchioro

Skan wydania francuskiego:

Gentil-Toto & Termineur (BDtrash)

Opracowanie graficzne: Vallaor & Alibaba

Rekonstrukcja okładki: Cyfrowy Baron

Translacja: Vallaor

Korekta: Aristejo

Tomik 19., w którym pośród masy atrakcji najciekawsze wydają się tytułowe syreny, nawet jeśli twórcy nie poświęcają im przesadnie dużo czasu. Jak zwykle w przypadku mitologicznych istot nasuwa się pytanie o ich genezę. Skąd się właściwie wzięły, jaka społeczność pierwsza je wymyśliła i czy od samego początku wyobrażano je sobie tak, jak obecnie? Oczywiście przy lekturze samego komiksu odpowiedzi na te pytania mają charakter marginalny, a syreny pełnią funkcję kolejnej atrakcji, zaczerpniętej z bogatej tradycji mitologiczno-fantastycznej.

Nie wiadomo, jak długo opowieści o syrenach krążyły w przekazie ustnym, natomiast pierwszy literacki opis zawdzięczamy Homerowi. Bardzo ogólny zresztą, Odyseja pozostawia ich wygląd wyobraźni czytelników. Choć obecnie kojarzone są jako kobiety z nagim torsem (w przypadku Małej Syrenki okrytym bikini z muszelek) oraz rybim ogonem, Grecy mieli przed oczyma zupełnie inną hybrydę gatunkową, mianowicie ludzko-ptasią! Syreny Homera jako mieszkanki bezludnej wysepki przesiadywały na łące przy brzegu, zwodniczo słodkim śpiewem wabiąc marynarzy z przepływających statków. Pierwszy (i ostatni) kontakt z wodą tych żeńskich drapieżników następuje w chwili, gdy po nieudanych łowach na Odyseusza rzucają się z bezsilnej rozpaczy w morską toń. Być może właśnie od rozsławionej wierszami poety śmierci w odmętach zaczęły być z nimi kojarzone? Tak czy inaczej jeszcze przez wiele stuleci wiodącym wyobrażeniem syreny był wielki ptak z ludzką głową, zastąpiony później nieco bardziej antropomorficzną formą skrzydlatej kobiety z ptasimi nóżkami.

Syreny rybokształtne po raz pierwszy opisane zostały przez żyjącego w I wieku p.n.e. Horacego w Sztuce poetyckiej. Na opis nowożytny trzeba było poczekać aż osiem stuleci, pojawił się bowiem dopiero na przełomie VII i VIII wieku w Liber Monstrorum, anglo-łacińskim katalogu cudownych stworzeń (swoją drogą, J. K. Rowling musi być wielką admiratorką tego dzieła!). Anglikom zawdzięczamy także słowo „mermaid”, już jednoznacznie wskazujące na płeć i wodny charakter tych stworzeń. "Morskie niewiasty... o ciele dziewczęcym, lecz łuskowate ogony ryb posiadające" ostatecznie wyparły swoje starsze, ptasie siostry, w czym niewątpliwie największą zasługę miał ich seksapil. Wyłaniające się spośród fal kobiety działają na męską wyobraźnię niezwykle pobudzająco, a wydłużony, lśniący rybi ogon tylko dodaje im wdzięku!

SYRENIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Na okładce zamiast syren widnieje... Peter O'Toole, który przywędrował tutaj prosto z plakatu Becketta, historycznego filmu z 1964 roku. Cóż może mieć wspólnego angielski król Henryk II z naszym komiksem? Zakładam, że ma jakieś cechy wspólne z księciem Moguncji, nowym towarzyszem Lucifery. Czyżby zimną bezwględność w dążeniu do wyznaczonego celu?

czwartek, 18 stycznia 2024

ZORDON N°01 - MISJA "CZŁOWIEK"

Tytuł oryginalny: Zordon

n.01 - Missione Uomo

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: grudzień 1974

Scenariusz: Ennio Missaglia

Grafika: Bruno Marraffa

Skan wydania włoskiego: Charles (VintageComix)

Opracowanie francuskiej translacji: AtomHic (BDtrash)

Rekonstrukcja cyfrowa: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Nowy Rok, nowa seria! Czy spodoba się czytelnikom i na stałe zagości w czarcim menu? Potencjał zdecydowanie posiada, nie tylko jako jedna z nielicznych w całości zeskanowanych, lecz przede wszystkim jako jeden z niewielu tytułów, którym udało się zachować wysoki poziom aż do samego końca. Przez cały okres publikacji twórcy dokładali starań, by czytelnicy się nie nudzili, bezustannie zbijając ich z pantałyku myleniem tropów oraz mnożeniem sytuacji niebywałych i ekscentrycznych. W związku z czym zbyt dokładny opis fabuły może zepsuć przyjemność płynącą ze stopniowego odkrywania jej tajemnic. Jest to raczej wyjątek od reguły serii fumetti, w których zwykle od pierwszego numeru dokładnie wiadomo, czego się spodziewać. Zaś po Zordonie możemy spodziewać się… wszystkiego!

Niekonwencjonalność podejścia widać już dobrze w pierwszym tomiku. Bohater tytułowy jest całkowitą enigmą. Wiadomo tylko, że jest istotą pozaziemską, o zupełnie odmiennym kształcie i konsystencji niż nasza, aby ograniczyć się do cech czysto fizycznych. Trudno nawet stwierdzić, na ile jest indywidualnością, a na ile emanacją świadomości kolektywnej. Na pewno nie sposób odróżnić go od reszty załogi statku kosmicznego, który zawędrował na planetę Ziemia z misją zbadania zamieszkujących ją organizmów myślących, co umożliwia imponująco rozbudowana i szalenie precyzyjna aparatura naukowa. Jak wiadomo z dziesiątek fabuł fantastycznonaukowych, przybysze z odległych galaktyk dysponujący zaawansowaną techniką nie wróżą Ziemianom niczego dobrego!

Wobec absolutnej obcości samego Zordona punktem identyfikacji staje się główna postać kobieca. Jane Marlowe to osóbka pełna kontrastów: piękna dziewczyna z Południa początku XIX wieku, pod nienagannymi manierami skrywająca ognisty temperament i wysokie libido, zgoła nieprzystające do kulturowych oczekiwań względem przedstawicielki arystokracji. Społeczne i religijne normy i nakazy nie zdołały wyrugować jej pragnień, sprawiły jednak, że z seksualnością Jane stało się coś wielce niepokojącego. Głębsze przyczyny tego stanu rzeczy poznamy dopiero w przyszłości… Pozostaje mieć nadzieję, że pierwszy tomik spełni swoje zadanie i oprócz solidnej porcji mocnych wrażeń, zapewnianych zarówno przez knowania złowieszczego Zordona, jak też perwersje słodkiej Jane, pozostawi wrażenie niedosytu i chęć jak najszybszego sięgnięcia po ciąg dalszy!

MISYJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Imię protagonistki nie jest przypadkowe! Jej fizjonomia wzorowana jest na jednej z najbardziej charyzmatycznych gwiazd kina lat 60. i 70. Jane Fonda wzbudzała zachwyt zwłaszcza jako dziarska kosmonautka Barbarella, notabene w ekranizacji komiksu przeznaczonego „dla dojrzałego czytelnika”. Historia inspiracji zatoczyła więc koło!

czwartek, 7 grudnia 2023

ZORA WAMPIRZYCA N°20 - KREW I RÓŻA

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.16 - Il sangue e la rosa

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 21 wrzesień 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej:

Mal32 i Aquila della Notte (VintageComix)

Retusz okładki: Cyfrowy Baron

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Bestiariusz świata Zory powiększa się o kolejne nadnaturalne istoty! Nie psuję chyba w tym momencie przyjemności z lektury, bądź też robię to w sposób minimalny, jeśli ujawnię, że tym razem chodzi o zombie: ludzkie szczątki powstałe z grobów za sprawą czyjejś złowieszczej woli. Zresztą okładka również zdradza co nieco w kwestii treści epizodu. Zielonkawy zgniłek majstrujący przy majteczkach bohaterki nie pozostawia wątpliwości, że nawet w przypadku tak odpychających fizycznie monstrów niezmienna pozostaje główna strategia twórców, czyli melanż erotyki z grozą.

Współczesny zblazowany odbiorca, który wszystko gdzieś kiedyś widział, miał już niejedną okazję oglądać ożywione zwłoki w najróżniejszych okolicznościach, kontekstach i pozycjach. „Zombie sex” nie jest już czymś nowym, nawet w mniej typowym wydaniu pt. "panowie z panami", gdzie staje się wręcz rodzajem gejowskiego fetyszu (L.A. Zombie). Trzeba zatem przypomnieć, że uprawianie miłości nie od zawsze było jednym z priorytetów truposzczaków. W definiującej cały gatunek Nocy żywych trupów interesowała je wyłącznie konsumpcja surowego ludzkiego mięsa. Nawiasem mówiąc, gdyby nie były takie wybredne w kwestii świeżości i aromatu, zapewne zjadałyby się również pomiędzy sobą!

Trochę czasu musiało upłynąć, zanim zombie pomyślały o czymś innym niż pożywienie (złośliwcy dodaliby, że ma to związek z ich daleką od doskonałości sprawnością intelektualną). Pod hasłem „Pornographic zombie films” Wikipedia wymienia pozycje począwszy od pamiętnego roku 1980, w którym bezpruderyjny Joe D’Amato nakręcił Erotic Nights of the Living Dead. Niewykluczone, że żywe trupy miały ciągoty w tym kierunku i wcześniej, lecz te były na tyle niezdarne, że nie mogły stanowić podstawy całego pornograficznego obrazu! Zresztą w 20. tomiku Zory truposzczaki również się specjalnie do seksu nie kwapią, chyba że na wyraźne polecenie od swojego pana i władcy (co może, ale przecież nie musi im się podobać). Tym niemniej nie jest wykluczone, że Barbieri i Pederiali jako pierwsi wpadli na pomysł zaprzęgnięcia zombie w aktywność o charakterze erotycznym. Byliby zatem pionierami w tej dziedzinie? Jeśli wiecie coś o przykładach z uniwerum "zombie sex" sprzed 1973 roku, koniecznie dajcie znać w komentarzu!

RÓŻANO-KRWISTE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

W przypadku filmu o żywych trupach rażąca sztucznością charakteryzacja nie musi być wadą, gdyż podkreśla ich przerażającą martwotę. Przykładem francuski La Revanche des mortes vivantes, gdzie toporne maski tytułowych bohaterek nie zmniejszają stężenia grozy, wręcz przeciwnie! Kto nie uciekałby z krzykiem od takich paskud?

wtorek, 28 listopada 2023

LUCIFERA N°18 - PIEKIELNY EROTYZM

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.18 - Erotismo infernale

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: marzec 1973

Scenariusz: Giorgio Cavedon

Grafika: Tito Marchioro

Skan wydania niemieckiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja cyfrowa: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Höllerische erotismus - czego można spodziewać się po tak sugestywnym tytule (brzmiącym dobitnie zwłaszcza w wersji niemieckiej, która tym razem posłużyła za podstawę przekładu)? Przede wszystkim Lucifery w stanie czystym: diablicy, która nie musi hamować swoich instynktów w obawie przed reprymendą ze strony ukochanego, nie podzielającego jej zamiłowania do grzechu. Choć zaczyna przygodę we wspólnym lochu z Faustem, wkrótce jej sytuacja zmienia się diametralnie. Gdy ląduje w łożu księcia Moguncji, uzależnia go od siebie swoim piekielnym erotyzmem, stając się zarówno oficjalną faworytą, jak też nieodłączną towarzyszką jego zuchwałych wypraw.

Zamiana kochanka na bezwzględnego i ambitnego księcia wyznacza nowy etap serii, którą dotychczas jako tako trzymał w ryzach etyczny kompas męskiego protagonisty. Mniejsza o to, że pragnący czynić dobro Faust dopuszczał się niejednego moralnie nagannego uczynku, czasami z winy swojej występnej towarzyszki, a czasami sam z siebie, zmuszony okolicznościami i słabością ludzkiej natury. Przynajmniej dręczyły go potem wyrzuty sumienia i obiecywał w duszy poprawę! Tymczasem niemiecki władyka pozbawiony jest tego rodzaju słabości. Ten średniowieczny samiec alfa (Alpha-Männchen!) zdobywa wszystko, czego zapragnie, idąc do celu po trupach, nawet jeśli będą to trupy starców, kobiet i dzieci. Lucifera nie mogła wymarzyć sobie lepszego towarzysza do swojej nadrzędnej misji, jaką jest czynienie zła na ziemi. Pytanie tylko, czy wyłącznie tego pragnie, czy pławienie się w nieprawości zaspokoi drzemiące nawet w niej pragnienie miłości? Dobrze jest znaleźć bratnią duszę (potępioną), lecz to przeciwieństwa, takie jak dobro i zło, najmocniej się przyciągają!

Do dylematów sercowych bohaterki twórcy jeszcze kiedyś powrócą, na razie jednak zostaje przez nich posłana hen za morze, na poszukiwanie magicznego artefaktu! Ten legendarny przedmiot wydaje się dla niej wyjątkowo niebezpieczny, bo cały jest przesiąknięty świętością. Możliwe jednak, że Lucifera jako pilna adeptka piekielnych nauk potrafi obchodzić się z relikwiami tak, aby nie pozostawiły trwałego uszczerbku na zdrowiu. A o taki wcale nietrudno, gdy obchodzimy się nieostrożnie z przedmiotami kultu... Wystarczy spytać pewnego słynnego archeologa, który zresztą miał kiedyś do czynienia z naczyniem, na poszukiwanie którego wyrusza występny książę wraz ze swoją infernalną konkubiną.

HÖLLERISCHE LINKS:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Wszyscy pamiętający przygody wspomnianego archeologa wiedzą, że przy wyborze właściwej relikwii należy wykazać się znajomością przedmiotu, nie poprzestając na walorach estetycznych, te bowiem potrafią wprowadzić w błąd. Prawdziwym specjalistom przypominać zresztą tego nie trzeba. Spróbujcie jednak powiedzieć biskupom, że nie wszystko święte, co się świeci!

niedziela, 22 października 2023

STORIE BLU. UZURPATORKA

Tytuł oryginalny: Storie Blu

n.13 - L'usurpatrice

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Francesco Blanc

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1980

Skan oryginalnego wydania włoskiego:

Charles (VintageComix)

Rekonstrukcja cyfrowa: Old Man

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Korekta: Aristejo

Powrót Storie Blu, czyli fantastyki naukowej podszytej grozą, bądź też grozy podszytej fantastyką! Jedna z tych serii, których praktycznie każda odsłona ma do zaproponowania jakiś ciekawy pomysł, mający szansę należycie się rozwinąć dzięki słusznej ilości stron. Niestety, również za sprawą obszerności Błękitne historie nie goszczą na blogu zbyt często. Pracy przy nich tyle, co przy dwóch "regularnych" tomikach, a gdy dodamy do tego kiepską jakość większości skanów wyjściowych, wymagającą kompleksowych i czasochłonnych zabiegów rekonstrukcyjnych, narzuca się oczywiste pytanie, czy gra warta jest świeczki? Może lepiej zabrać się za coś objętościowo mniejszego i wdzięczniejszego pod kątem obróbki graficznej, dzięki czemu kolejne czarcie projekty pojawiać się będą z większą regularnością?

Postanowiłem jednak podjąć ryzyko zagrzebania się w jednym tomiku na długie tygodnie! Niekoniecznie motywowały mną wyjątkowe walory estetyczne dzieła, jak miało to miejsce na przykład przy ”baśniach dla dorosłych” Magnusa. Niedopartym impulsem okazał się seans nowego filmu Brandona Cronenberga, który podobnie jak niegdyś jego ojciec odważnie poczyna sobie w domenie horroru science fiction. Infinity Pool, z którym Uzurpatorka rezonuje zaskakująco dobrze, ma wręcz szansę na status dzieła kultowego, do czego przyczynia się zarówno boska Mia Goth w roli głównej, jak też niewątpliwa drapieżność i transgresyjność fabuły. Do obiegu trafiły dwie wersje dostosowane do odpowiednich kategorii wiekowych. Podczas gdy purytańska Ameryka ogląda w kinach R-kę, w "dekadenckich" krajach europejskich, takich jak Niemcy czy Francja, zapoznać się można z wariantem dłuższym i bezwstydniejszym. Niestety, jak dotąd żaden dystrybutor nie pokusił się o sprowadzenie Infinity... na polskie ekrany, tym niemniej bywalcy Nowych Horyzontów mieli okazję do zapoznania się z filmem w wariancie NC-17, czyli w pełnej krasie. Zresztą wyłącznie po godzinie 22:00, jak na prawdziwy „film dla dorosłych” przystało!

Nie wiadomo, jakimi utworami inspirował się Brandon Cronenberg przy tworzeniu scenariusza. Centralny koncept, którego nie sposób wyjawić nie psując ludziom frajdy, pojawiał się w fikcji fantastycznonaukowej już wcześniej. Zapewne także Carmelo Gozzo, pisząc w 1980 roku skrypt do swojego fumetto, miał już za sobą solidną porcję literatury sci-fi na ten sam temat. Tym niemniej obydwaj twórcy wyciągnęli z konceptu bardzo podobne, nihilistyczne, a zarazem nieodparcie logiczne konkluzje. Obaj też postarali się nie wchodzić zanadto w techniczne szczegóły, w słusznym przekonaniu, że nie one są dla odbiorców najciekawsze, a ich samych mogą zdemaskować jako kompletnych laików. Przy czym Croneberg wykpił się zupełnie, unikając jakichkolwiek naukowych wyjaśnień, podczas gdy Gozzo zadbał o racjonalne uzasadnienie ukazanego fenomenu. Czy udało mu się wyjść z zadania obronną ręką? A może poziom absurdu przekroczył dopuszczalne granice, czyniąc całość bardziej śmieszną niż straszną? Odpowiedź na te pytania zależy od indywidualnej wrażliwości czytelnika - zachęcam do dzielenia się wrażeniami! Na pewno warto zmierzyć się z Uzurpatorką, dla której seans Infinity Pool będzie wdzięcznym uzupełnieniem (bądź vice versa!)

UZURPATORSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

PDF (MEDIAFIRE)

Podobnie jak film Cronenberga, komiks Gozzo i Francesco Blanca istnieje w dwóch wersjach, przy czym ta druga powstała nie tyle z szczerej chęci twórców, co z bieżącej potrzeby włoskiego rynku. Cała seria Fumetti del Futuro składała się z reedycji wcześniejszych tytułów, wzbogaconych o dosadniejsze sceny kopulacji. Także nowa okładka odzwierciedla odmienny od pierwotnego punkt ciężkości fabuły…