poniedziałek, 3 października 2022

GUERRA. REWOLTA BOKSERÓW

Tytuł oryginalny: Guerra

N.7 - La rivolta dei Boxers

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Xavier Musquera

Okładka: Carlo Jacono

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: czerwiec 1978

Wydawca: Ediperiodici

Skan edycji włoskiej: Charles (VintageComix)

Przekład z jęz. włoskiego: Vallaor

Wklejanie tekstu: Vallaor

Opracowanie graficzne: Mrsister

Wojna dla zwykłych ludzi jest tragedią, dla przemysłu zbrojeniowego świetnym interesem, zaś dla pisarzy niewyczerpanym źródłem inspiracji. Wszelkiej maści konflikty zbrojne to samograje, z których nawet średnio uzdolniony dramaturg potrafi ułożyć zajmującą opowieść. W zależności od preferencji może ona uderzać w nuty patriotyczne, cementować jedność narodową (w opozycji do wroga), bądź też przybrać tonację posępną, obnażając grozę wojny jako zła absolutnego, które zostawia niezatarty ślad u wszystkich jej uczestników.

W komiksie tematyka wojenna reprezentowana była najmocniej w wydaniu „młodzieżowym”, akcentującym jej przygodowo-wyczynowy wymiar. W takiej formule, gloryfikującej heroizm walki w słusznej sprawie, przodowały właśnie wydania kieszonkowe, stając się - nomen omen - poligonem dla przyszłych tuzów realistycznej kreski (np. Hugo Pratt). Na początku lat 60. we Włoszech pojawił się jednak Diabolik, którego bezczelny egoizm okazał się atrakcyjną alternatywą dla altruizmu żołnierzy poświęcających się dla ogółu. Okazało się, że czytelnicy wolą czytać o brawurowych kradzieżach niż o kolejnym wysadzonym przez aliantów moście. Gdy kieszonkowce zaroiły się od antybohaterów prześcigających się w bezwzględności, także obraz wojny musiał zmienić swoje oblicze. Zresztą zmieniłby je także bez inwazji różnych Kriminalów i Sadików. Po Parszywej dwunastce (1967) na ekranach kin i wojnie w Wietnamie na czołówkach gazet trudno było oczekiwać od odbiorców bezkrytycznej akceptacji biało-czarnego obrazu konfliktów zbrojnych.

Taka też – pozbawiona sentymentów, ponura i cyniczna - jest seria Guerra, poświęcona wybranym epizodom wojennym, przede wszystkim tym z okresu drugiej wojny światowej, ale nie tylko. Cezurą czasową był najwyraźniej XX wiek, bardziej wstecz wzrok scenarzysty nie sięgnął. Może po prostu nie miał ku temu okazji? Seria liczy sobie zaskakująco mało odsłon jak na nieograniczone możliwości wiążące się z jej nazwą. Niewykluczone, że w latach 70. wojna w tradycyjnym wydaniu już się włoskim czytelnikom przejadła i nawet doprawienie jej większą niż dotychczas dawką erotyki nie zapewniło dostatecznej popularności. Wielkim sukcesem okazała się natomiast Hessa, seria wojenna opowiedziana z perspektywy antybohaterki, seksownej i niebezpiecznej funkcjonariuszki SS. Także poszczególne epizody popularnych tytułów, takich jak Terror czy Storie Blu, nawiązywały do wojny w mniej oczywisty sposób, dodając od siebie niecodzienny twist, jak podróż do innego wymiaru w Planecie Swastyki czy koszmarne eksperymenty genetyczne w Bliźniakach Hitlera (uwaga - polska wersja językowa jest aktualnie opracowywana przez Chomikowych Translatorów!)

Choć Guerra sukcesu czytelniczego się nie doczekała, same tomiki nie powinny sprawić zawodu amatorom fumetti per adulti. Carmelo Gozzo (przed tym scenarzystą najwyraźniej nie ma ucieczki!) postarał się o przyzwoity poziom intrygi, podczas gdy ilustratorzy – w większości argentyńskiego pochodzenia – zadbali o realizm, tak istotny w uwiarygodnieniu militarnych epizodów. Do reprezentacji całej serii wybrałem najciekawszy z mojej perspektywy epizod, osadzony w najodleglejszym historycznie okresie, ukazujący powstanie bokserów w latach 1899-1901. Był to pierwszy sygnał przebudzenia chińskiego smoka, zagrażającego imperialnemu porządkowi świata. Krwawa rewolta została ostatecznie stłumiona, uwiarygodniła jednak obawy Europejczyków przed „żółtym niebezpieczeństwem”, którego nie sposób już dłużej trzymać w ryzach. Jak te burzliwe wydarzenia prezentują się na kartach komiksu, możecie sprawdzić sami, klikając w jeden z poniższych linków!

BOKSERSKIE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Choć powstanie bokserów obfitowało w akty barbarzyństwa, szczególnie ochoczo dokonywane na placówkach misyjnych, Gozzo wykazał się w ich opisie zaskakującą subtelnością i takich obrazków jak powyższy w komiksie nie uświadczymy! Co nie oznacza, że jest on czytanką dla grzecznych dzieci…

PS. Wielkie podziękowania dla Mrsister, dzięki któremu Rewolta ujrzała tak szybko światło dzienne!

wtorek, 27 września 2022

ZORA WAMPIRZYCA N°11 - NOC I STRACH

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.5 - La notte e la paura

Wydawca: Edifumetto

Rok pierwszego wydania: 6 kwiecień 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Długo przyszło czekać na zakończenie historii o człowieku amfibii, a właściwie o misji, jakiej podjęła się Zora w jego imieniu. Niektórzy czytelnicy niechybnie zdążyli zapomnieć, jakiej to straszliwej, godnej krwawej pomsty zbrodni dopuścił się markiz Duval. Szczęśliwie dla wszystkich niepamiętliwych pierwsza plansza tomiku przedstawia ogólny zarys intrygi, wprowadzając bezpośrednio w akcję. Zainteresowanych drastycznymi szczegółami odsyłam do poprzedniego tomiku!

Tymczasem Noc i strach rozpoczyna się nie od rozprawy z samym markizem, lecz z panią małżonką, bynajmniej nie wtajemniczoną w jego niecne postępki z okresu burzliwej młodości. Trafiła na czarną listę Zory z zupełnie innego powodu, mogącego wywołać zdumienie u miłośników serii zaznajomionych z późniejszymi tomikami, zwłaszcza tymi spod szyldu Nuova Serie z lat 80. Markiza ośmieliła się bowiem czynić Zorze awanse, zwabiać ją do swojego łoża po części podstępem, po części przymusem, co nasza wampirzyca poczytała za obrazę, zasługującą na najsroższą karę.

Bohaterka w późniejszym okresie nie pogardziłaby taką okazją do łóżkowych igraszek, zwłaszcza że Duvalova zalicza się do tych atrakcyjniejszych dojarzałych kobiet. Jednak młoda Zora nie jest jeszcze tak wielką koneserką miłości fizycznej, dopiero zaczyna w niej gustować. W końcu całkiem niedawno przestała obwiniać się o zdradzanie ukochanego Marka z kim tylko popadnie! Seks w wydaniu lesbijskim to jednak coś nowego, mogącego wręcz budzić u niedoświadczonej w tym względzie dziewczyny odruchową niechęć. Najwyraźniej potrzeba było właściwej, doświadczonej kobiety, aby odkryła zalety bliskiego obcowania z tą samą płcią. Wspomniania partnerka idealna pojawi się już wkrótce (już za dwa tomiki!) i okaże się strzałem w dziesiątkę do tego stopnia, że trudno będzie wyobrazić sobie serię bez jej udziału.

Można jednak odczytać gniew Zory względem umizgów markizy także w innym, bardziej progresywnym kluczu, do czego uprawnia wyzwolona, demonstrowana na każdym kroku postawa niepokornej bohaterki. Poprzez wgryzanie się w szyję pani Duval wampirzyca walczy z mobbingiem, który w XIX wieku nie był jeszcze zjawiskiem rozpoznanym i potępianym. Wręcz przeciwnie, cieszył się cichym przyzwoleniem społecznym jako jeden z nieformalnych filarów konserwatywnego porządku. Potrzeba było dekad emancypacji, aby za karygodne uznano wykorzystywanie przez pracodawcę swojej pozycji do zapewnienia sobie całkowitej uległości osoby przezeń zatrudnionej. Co nie oznacza, że wszystkie pokojówki, gosposie, kucharki i sprzątaczki czuły się komfortowo np. z ręką pana domu pod spódnicą i nie buntowały się, choćby w duchu, przeciwko takim niecnym praktykom. Zora wymierza markizie bezlitosną karę właśnie w ich imieniu. # ZoraToo?!?

NOCĄ STRASZNE LINKI (POPRAWIONE PO SUGESTIACH VALA):

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Na okładce tomiku jak zwykle dla każdego coś miłego, przekopiowane z innych źródeł: front z dziewczętami Playboya (króliczki, ale z ząbkami!), tył z plakatu do kinowego horroru. I w tak zgrabny sposób łączą się ze sobą seks i groza... Tym razem za inspirację filmową posłużył poster Tales from the Crypt, nowelowego obrazu z angielskiej wytwórni Amicus!

niedziela, 18 września 2022

TERROR. PRAWDZIWA HISTORIA KUBY ROZPRUWACZA

Tytuł oryginalny: Terror

n. 18 - La vera storia di Jack Lo Squartatore

Scenariusz: Anonim

Grafika: Milo Manara

Pierwsze wydanie: kwiecień 1971

Wydawca: Ediperiodici

Skan: Charles (VintageComix)

Przekład z jęz. francuskiego: Vallaor

Opracowanie graficzne: Vallaor

Projekt polskiej okładki: Cyfrowy Baron

Tym razem nie lada ciekawostka dla wszystkich fanów Milo Manary: jedna z jego najstarszych prac, pochodząca z okresu, kiedy dopiero ćwiczył warsztat i nie wszystko wychodziło mu równie perfekcyjnie, co w latach późniejszych. Nietrudno zgadnąć, że przyszły geniusz najłatwiej dostrzec można w szkicach postaci kobiecych, smukłych i powabnych. Tak właśnie rysownik przedstawił kobiety lekkich obyczajów z ubogich dzielnic Londynu, padające ofiarą maniaka znanego jako Kuba Rozpruwacz. Według wiarygodnych materiałów źródłowych zamordowane prezeń panny nie odznaczały się urodą. Zbyt wielkie piętno odcisnęły na nich zarówno wyczerpujący fizycznie zawód, jak też nędzne warunki bytowania. Jednak mowy nie ma, by Manara kiedykolwiek dochowywał wierność historycznym przekazom, kiedy stawały mu na przeszkodzie malowania dziewcząt idealnie pięknych! Już mając na uwadzę tę dowolność w portretowaniu postaci, należy potraktować "prawdziwość" z tytułu z dużym przymrużeniem oka. Zresztą nie tylko Manara, ale też zdecydowana większość filmowców ukazuje ofiary Rozpruwacza jako atrakcyjne. Dziwaczne gusta Kuby swoją drogą, ale widz kinowy po prostu nie życzy sobie oglądać na ekranie szpetnych niewiast, bez względu na to, jaką profesją by się nie parały.

Odkładając na bok kwestię zgodności z faktami, podpisana przez anonimowego scenarzystę historia nie ma szans na pierwsze miejsce w rankingu najlepszych komiksów o Rozpruwaczu. Nie tylko dlatego, że w 1989 roku Alan Moore i Eddie Campbell zdeklasowali konkurencję swoim Prosto z piekła, istnym opus magnus ripperologii. W dziełku Manary nie ma co liczyć na oryginalne podejście do tematu i mocno skomplikowaną fabułę. W swojej prostocie jest ono jednak całkiem sympatyczne, a sięgnąć po nie mogą nawet zadeklarowani przeciwnicy ekscesów fumetti. W kwestiach erotycznych wykazuje zaskakującą delikatność, w czym zapewne czynnikiem decydującym była data publikacji. W 1971 roku nawet komiksy "per adulti" nie pozwalały sobie na świntuszenie pełną parą. Natomiast w kwestii obrazowania przemocy sprawa jest bardziej skomplikowana, istnieje bowiem znacząca rozbieżność pomiedzy edycją francuską i holenderską. W tej pierwszej zadawane przez Kubę rany wyglądają bardziej na zadraśnięcia, zaś o wybebeszaniu treści żołądkowych możemy sobie wyłącznie poczytać. Inaczej sprawy się mają w tomiku holenderskim, gdzie wszystko wygląda znacznie bardziej dosadnie. Nie dysponując włoskim oryginałem i zdając sobie sprawę z cenzorskich zapędów Elvifrance, zdecydowałem się w tym aspekcie podążyć za Holendrami. A zatem: więcej krwi, więcej obrażeń i flaki na wierzchu. Gorehounds, enjoy!

Oddzielnego akapitu domaga się okładka, jako że nie skończyło się tutaj na standardowym odczyszczaniu i wstawianiu polskich tytułów. Specjalnie na potrzeby "czarciej" edycji został dokonany odważny remix, łączący elementy okładki fumetti, fotografii i malarskiego plakatu filmowego (Jack The Ripper z 1976 roku). Skąd ta fanaberia, odsuwająca datę premiery o ładnych kilka dni? Z przeświadczenia, że pomimo swoich niedoskonałości komiks zasługuje na własną okładkę, której do tej pory de facto się nie doczekał. Obwoluta włoskiego tomiku nawiązywała do drugiej opowieści w nim zawartej i przedstawiała buddyjskiego mnicha (?) rozcinającego siekierą mechanicznego kosmitę (?!?). Francuzi, którzy z oryginalnego wydania przedrukowali tylko historię o Kubie, zdecydowali się na okładkę najbardziej w ich mniemaniu zbliżoną tematycznie, podkradzioną z 44. tomiku serii Jacula: stąd cmentarz, czaszki oraz wampirza buźka, mające się nijak do realistycznego londyńskiego thrillera! Polska wersja nie rezygnuje całkowicie z francuskiej obwoluty, zmieniając jednak kilka elementów na mocniej nawiązujące do treści Prawdziwej historii... Wydaje się, że tak właśnie mogłaby wyglądać, gdyby komiks Manary ukazał się pięć lat później, już po premierze Kuby Rozpruwacza z Klausem Kinskim!

WYPATROSZONE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Chociaż niemiecki aktor charakterystyczny wcielił się w niesławnego Kubę dopiero w 1976 roku, dziwnym zrządzeniem losu trafił do komiksu poświęconego tej postaci już pięć lat wcześniej! Na dodatek fotosy aktora, ochoczo wykorzystywane przez Milo Manarę do szkiców, pochodzą z filmu Venus in Furs (1969) w reżyserii Jessa Franco. Tego samego Franco, który w 1976 roku zatrudni Kinskiego do tytułowej roli w swoim obrazie o Rozpruwaczu. Być może to właśnie wczesna praca Manary podsunęła mu pomysł na casting!

wtorek, 6 września 2022

LUCIFERA N°11 - OGNISTY PTAK

Tytuł oryginalny: Lucifera

n.11 - L'uccello di fuoco

Wydawca: Ediperiodici

Rok pierwszego wydania: sierpień 1972

Scenariusz: Giorgio Cavedon, Leone Frollo

Grafika: Leone Frollo

Skan wydania niemieckiego: Charles (VintageComix)

Przekład z jęz. francuskiego: Vallaor

Opracowanie graficzne: Vallaor

Opracowanie graficzne okładki niemieckiej edycji: Cyfrowy Baron

Zacznijmy od technikaliów: Podstawą polskiej translacji tomiku jedenastego została edycja niemiecka. Czynnikiem decydującym o jej wyborze była oczywiście jakość skanu, ale istotna okazała się też mniejsza inwazyjność dymków w przestrzeń kadru. Otóż we Francji tłumaczy ponosiła wena, skutkująca większą ilością tekstu, ten zaś domagał się miejsca. Rozdęte na jego potrzeby dymki "pożerały" pewną część tła, a czasami potrafiły włazić na głowę samym bohaterom. Niemieccy wydawcy cechowali się w tym względzie znacznie większym poszanowaniem dla oryginalnych plansz. Aby jednak aż tak naszym zachodnim sąsiadom nie kadzić, wbijając przy tym szpilę Elvifrance (co najwyraźniej weszło mi w nawyk!), muszę zdradzić, że tym razem miałem do nich żal za zmiany poczynione w okładce. Na pozór nic nie można jej zarzucić, stanowi bowiem lustrzane odbicie oryginalnej. Ale właśnie! W wyniku efektu odbicia zmieniony został kierunek ruchu na płótnie, a przy okazji oberwało się kolorystyce - barwy stały się zdecydowanie zimniejsze. Cóż, być może nawet dla autora obrazu te ingerencje były do zaakceptowania, tym niemniej sam staram się kierować zasadą dochowywania jak największej wierności pierwszej, włoskiej edycji. Dlatego też za okładkę posłużyła edycja francuska, zaś wersję niemiecką umieściłem na końcu tomiku - obejrzyjcie i osądźcie sami, która z nich prezentuje się lepiej.

Dobór odpowiedniego wariantu okładki ma tym większe znaczenie, że jest to jeden z nie tak znowu licznych przypadków, gdy Averardo Ciriello utrafił w samo sedno, istny miąższ fabuły. Sięgając po tomik z taką obwolutą, odbiorca ma całkiem konkretne oczekiwania, spodziewając się przeżyć wraz z bohaterami podniebną podróż w latającej machinie. I tym razem nie spotka go zawód, jaki mógł być jego udziałem chociażby przy okazji tomiku czwartego, gdzie na żadnej narysowanej przez Leone Frollo planszy nie dało się uświadczyć odzianej w pelerynę diablicy dokonującej magicznego obrzędu nad zemdloną blondynką. Bądź przy numerze dziewiątym, gdzie triumfująca Lucya trzymała w ręce głowę Saladyna; w rzeczywistości nie miała przecież nic wspólnego z jej odcięciem i nikomu jej później nie prezentowała. Ale tak to już przy procesie powstawania fumetti bywało, że nie znający pełnego zarysu fabuły grafik miał za zadanie zaprojektować kompozycję przede wszystkim atrakcyjną. Jeśli przy okazji jakoś tam nawiązywała do treści komiksu, tym lepiej, nie był to jednak priorytet.

W przypadku Ognistego ptaka zapewne łatwiej było zleceniodawcom sprecyzować główną ideę tomiku, zaś wyobraźnia rysownika sama podsunęła domniemany kształt latającej maszyny, wyprzedzającej o ładnych kilka wieków śmiałe projekty Leonarda Da Vinci. Zresztą, żwawo gestykulujący i spoglądający profetycznym wzrokiem brodacz na przedzie ma w sobie coś ze słynnego renesansowego uczonego. Z pełną premedytacją nawiązali do Leonarda scenarzyści, tworząc postać wyprzedzającego swój czas wizjonera. Imię Ikarus wskazuje natomiast na jego słynnego poprzednika, pierwszego, który ośmielił się wzbić w niebo - terytorium, które mocą tradycji zarezerwowane było dla istot nomen omen niebiańskich. W nawiązaniu do Ikara z miejsca pobrzmiewa fatalistyczna nuta, bowiem jak inaczej mógłby się skończyć jego lot niż bolesnym upadkiem? Ponurej tradycji musi stać się zadość! O ile jednak upadek mitologicznego bohatera do morza mógł pozostać niezauważony nawet przez załogę przepływającego tuż obok statku, a co dopiero przez rybaków, pasterzy i rolników na brzegu (patrz Pieter Bruegel), o tyle upadek Ikarusa będzie miał iście spektakularny wymiar i dokona się w jednym z najbardziej ikonicznych miejsc na kulturalnej mapie Europy. Zdradzać nic więcej nie zamierzam, zapraszam do lektury!

IKARUSOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Okładka portugalska jak zawsze na przekór włoskiej. Tym razem olała sobie jakieś tam latające ustrojstwa, stawiając na kanibalizm! Amator ludzkiego mięsa ostrzy pokrzywione zęby na związaną Luciferę, która istotnie wygląda na wielce apetyczny kąsek. Nie znając języka, podejrzewałem nawet, że przemianowano tomik stosownie do ilustracji. Google Translator rozwiewa jednak wątpliwości: O Pássaro de Fogo to istotnie Ognisty ptak!

niedziela, 28 sierpnia 2022

TERROR BLU. POTWORY W NOWYM JORKU

Tytuł oryginalny: Terror Blu

N.1 - Mostri A New York

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Lombardi

Okładka: Pino d'Angelico

Wydawca: Ediperiodici

Pierwsze wydanie: grudzień 1976

Wydawca: Ediperiodici

Skan edycji hiszpańskiej: Layer (CRG)

Skan edycji włoskiej [3 plansze]: Charles (VintageComix)

Konwersja skanu na HD: OldMan

Dalsze opracowanie graficzne: Vallaor

Przekład z języka włoskiego: Vallaor

Łatwiej było dinozaurom przywędrować z prehistorii do naszych czasów, niż niżej podpisanemu powrócić do hobby translacyjnego po urlopowym rozleniwieniu. Leżenie plackiem na plaży, smażenie z przodu, tyłu i na boki, pływanie w ramach przerwy między brązowieniem, oraz nadrabianie zaległości czytelniczych w tych jakże sprzyjających warunkach. Gdzie w tym wszystkim miejsce na babranie się w niższych rejestrach sztuki komiksowej? Jak znaleźć czas na dłubaninę w skanach artefaktów minionej epoki kieszonkowców?!? Zew natury okazał się silniejszy niż miłość do fumetti, a prymitywny instynkt wygrał z kulturą, nawet tą, która do niskich instynktów się odwołuje. Zapewne takie ładowanie baterii słonecznych było niezbędne, aby ze świeżym zapałem powrócić do regularnych publikacji. Najbliższy czas pokaże, jak podziałała solarna kuracja – mogła uderzyć do głowy, skutkując bełkotliwym słowotokiem w miejsce merytorycznie składnej wypowiedzi. Zatem starczy tych urlopowych wymówek!

Terror Blu nie pojawia się tutaj po raz pierwszy. W czerwcu zaprezentowana została historia o ukrytej w australijskim buszu nekropolii pozaziemskiej rasy. Spotkała się z pozytywnym odbiorem, w czym zasługa zarówno zgrabnego scenariusza, jak też miłej dla oka grafiki (warto też wspomnieć o cud-miód okładce Enzo Sciottiego). Otóż w przypadku tej serii przyzwoity poziom był normą. Jak zwykle w przypadku popularnego, wychodzącego regularnie przez lata tytułu zdarzały się historie lepsze i słabsze, lecz kompletne niewypały raczej się nie zdarzały. Stąd decyzja o kolejnej odsłonie Błękitnego Terroru i kto wie, czy wkrótce nie pojawią się kolejne! Tym razem ujawniamy, od czego się to wszystko zaczęło, sięgając do mitycznego numeru jeden, w którym scenarzysta wypala z grubej rury inwazją prehistorycznych gadów na amerykańską metropolię. Czy można wyobrazić sobie bardziej przebojowy początek serii?

Kultura masowa straszy dinozaurami od dawna, zaś perspektywa ich przeniknięcia do współczesności to koncept datujący się przynajmniej od 1912 roku, gdy opublikowano Zaginiony świat Arthura Conana Doyle'a (do spotkania prehistorycznych gadów z najpopularniejszym bohaterem pisarza doszło jednak dopiero 98 lat później, w produkcji studia The Asylum Sherlock Holmes i dinozaury). Z początku umiejscowiano je w odległych lokacjach - tam, gdzie nie postała jeszcze noga białego kolonizatora. Kiedy świat skurczył się tak, że zabrakło dziewiczych rejonów do eksplorowania, pojawienie się dinozaurów należało uzasadnić inaczej. Hodowlą w warunkach laboratoryjnych pod czujnym okiem szalonego profesora; gwałtownym przebudzeniem po tysiącach lat drzemki w wyniku katastrofy naturalnej bądź promieniowania jądrowego; a nawet czymś zupełnie fantastycznym... Ta ostatnia, przecząca prawidłom zdrowego rozsądku ewentualność to właśnie przypadek Potworów w Nowym Jorku!

PRZEDPOTOPOWE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Wykorzystany do translacji skan pochodzi z edycji hiszpańskiej. Seria Delirium mogła pochwalić się klimatycznym logo, ale też masą tekstu na okładce.
Po samych tytułach można stwierdzić, że "deliryczny" zakres tematyczny był całkiem obszerny. Znalazło się miejsce dla żywych trupów, córki wilkołaka, ludzkiej pochodni, a nawet... nekrofila! Zważywszy jednak na czujność hiszpańskiej cenzury, trudno oczekiwać, by wyczyny tego ostatniego przedstawione zostały w pełnej krasie.
Z jakiegoś powodu wydawnictwo Eliviberia jest dumne z faktu publikacji "edycji europejskiej". Czyżby chodziło o to, że jako pierwsze w kraju wydawało włoskie komiksy w oryginalnym, małym formacie?
DELIRIUM... CHŁÓD NA KAŻDEJ STRONIE! DELIRIUM... KRZYK W KAŻDEJ SCENIE! DELIRIUM... TAJEMNICA W KAŻDEJ HISTORII! DELIRIUM... TERROR W KAŻDYM ODCINKU! DELIRIUM... BEZSENNA NOC!

czwartek, 21 lipca 2022

ZORA WAMPIRZYCA N°10 - CZŁOWIEK AMFIBIA

Tytuł oryginalny: Zora la Vampira

Serie II n.4 - L'uomo anfibio

Wydawca: Edifumetto

Pierwsze wydanie: 6 kwietnia 1973

Scenariusz: Renzo Barbieri, Giuseppe Pederiali

Grafika: Birago Balzano

Skan edycji włoskiej: Mal32 & Aquila della Notte (VintageComix)

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Opracowanie graficzne okładki: Cyfrowy Baron & Vallaor

Czy istnieje coś takiego jak człowiek amfibia? W świecie przyrody na 99,9% wykluczyć można taką ewentualność, dlatego właśnie reprezentant owego osobliwego gatunku dołączył do bestiariusza serii, gromadzącego wszelkie anomalie, jakie jest w stanie przywołać bujna wyobraźnia scenarzystów (ochoczo korzystająca z bogatej literatury przedmiotu). Wydaje się również, że oskrzelowy człekokształtny, realny bądź fantastyczny, nie ma swojego ustalonego nazewnictwa w języku polskim. Co najwyżej "człowiek ryba", ale to strasznie nieprecyzyjne określenie, kojarzące się miłośnikom kina gatunkowego z istotami małorozumnymi, znanymi choćby z Wyspy ludzi-ryb. Wystarczy rzut oka na niedorobione, monosylabiczne humanoidy od Sergio Martino, aby przekonać się, że nie mają wiele wspólnego z nader łebskim i wygadanym Amfibem, którego ma okazję poznać Zora.

Wypada lojalnie ostrzec: wątek łuskowatej istoty nie doczeka się konkluzji w niniejszym odcinku. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać, dopóki wampirzyca nie wypełni misji, jaką Amfibia ją obarczyła. Tymczasem poza daniem morskim, nieco na wyrost serwowanym jako główne, znajdziemy tu wiele innych smakołyków do degustacji, zwłaszcza w oryginalnej wersji włoskiej. Francuska edycja ponownie jest uboższa o kilka stron, które "ulotniły się" z różnych przyczyn. Najbardziej oczywiste są względy cenzuralne. Kiedy tylko rysownik Edifumetto zabierał się za zmysłową sekwencję, edytorzy Elvifrance uznawali to za mało istotne dla rozwoju fabuły i skracali do niezbędnego minimum. Usuwali także niewinne plansze krajobrazowe, prezentujące panoramę miasta bądź łódź rybacką miotaną przez morskie fale. Nawet jeśli narracyjnie nie były niezbędne, z estetycznego punktu widzenia mamy do czynienia ze zbrodnią, pozbawieniem opowieści rozmachu i głębi. Przez wiele lat czytania Zary zawsze mi czegoś w niej brakowało. Czegoś niedookreślonego, co sami Francuzi określają jako "je-ne-sais-quoi". No to teraz już wiem, w czym rzecz, je sais parfaitement de quoi il s'agit! Zawsze chodziło właśnie o te nieszczęsne, barbarzyńsko wycięte plansze!

Poza brakiem cenzury oraz tytułowym Amfibą tomik dziesiąty przynosi pierwszą "opowieść w opowieści" traktującą o wielkiej i tragicznej miłości. W przyszłości pojawi się ich znacznie więcej i prawie zawsze motywować będą bohaterkę do podjęcia konkretnych działań w celu zadośćuczynienia krzywd. Zora zdecydowanie nie podziela poglądu niektórych polskich polityków, że "poza Kościołem jest tylko nihilizm" i chociaż sama chętniej zajdzie na mszę czarną niż kościelną (patrz tomik szósty), uznaje zarazem, że nie każdy zły uczynek powinien pozostawać bez kary. Tym razem, aby dokonać pomsty za niewinnie przelaną krew, gotowa jest na wszystko, nawet na... założenie fartuszka panny służącej! Nam zaś pozostaje podziwiać, z jakim wdziękiem nosi ten nietypowy dla siebie strój.

AMFIBIJNE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Szał uniesień w wersji plażowej. Końska metafora jasna jak słońce prażące urlopowiczów. Rzecz jasna tej pięknej planszy, mojej ulubionej z całego odcinka, nie odnajdziemy w edycji francuskiej!

wtorek, 12 lipca 2022

STORIE BLU. MACKI

Tytuł oryginalny: Storie Blu n.81 - Tentacoli

Wydawca: Ediperiodici

Pierwsze wydanie: 23 styczeń 1986

Scenariusz: Carmelo Gozzo

Grafika: Roberto Revello & Studio Giolitti

Okładka: Carmelo Gozzo

Skan edycji włoskiej: Akujo (VintageComix)

Czyszczenie dymków: Doomstep

Liternictwo tytułu: Puciek

Translacja i opracowanie graficzne: Vallaor

Wakacyjny powrót do Storie Blu. Poszukiwania historii najbardziej adekwatnej do urlopowych klimatów przywiodły mnie do 81. odsłony serii, rzecz jasna ze scenariuszem Carmelo Gozzo, który tym razem zaprojektował także okładkę! Czyżby nie dowierzał grafikom ze studia, że potrafią dochować tajemnicy i nie ujawniać w pełni wyglądu właściciela tytułowych macek? Jeśli istotnie była to przezorność, w pełni się opłaciła: istota siejąca zniszczenie, napędzana psychotyczną (choć w świetle okoliczności w pełni zrozumiałą) wściekłością, okazała się konceptualnym strzałem w dziesiątkę i jednym z najbardziej zapadających w pamięć monstrualnych bohaterów scenarzysty, tym razem rezygnującego zupełnie z wątków science-fiction, wydających się de rigueur w przypadku Błękitnych Historii. Niestety, Ediperiodici nie prowadziło rubryki z listami do redakcji, pozwalającej zapoznać się z opiniami nabywców, nie sposób zatem ustalić, jak wielkim powodzeniem cieszył się we Włoszech tomik nr 81. Wiadomo natomiast, że dekadę temu akwatyczne monstrum Gozzo wzbudziło wielki entuzjazm na BDtrash, forum frankojęzycznych amatorów "Bd de gare", trafiając nawet na awatar jednego z moderatorów. Ciekawe, czy teraz spodoba się polskim czytelnikom? Koniecznie dajcie znać w komentarzach, jak przypadł Wam do gustu ZAMACKOWANY MŚCICIEL!

Na pewno w prezentowanej opowieści ujawnia się w pełni czarny humor Gozzo, nie mającego żadnych oporów przed spuszczaniem wszystkich plag egipskich (w tym przypadku: morskich) na swoje bohaterki. Notabene, do wiekszości fabuł scenarzysty doskonale pasuje termin "gotycka mizoginia", ukuty przez ktytyczkę filmową Karyn Key na okoliczność analizy Oszukanego (The Beguiled), obrazu z Clintem Eastwoodem z 1971 roku. "Don Siegel (reżyser filmu) nienawidzi kobiet - i obawia się ich. Z filmu na film ukazuje ród niewieści jako manipulujący i zły, spiskujący na zgubę mężczyzn." Jak wdzięcznym materiałem do analizy byłby dla niej egzemplarz Tentacoli, gdyby przypadkowo wpadł jej w ręce! Cała produkcja fumetti tascabili mogłaby posłużyć jako przykład mizognizmu kultury popularnej, odpowiadającej na strach mężczyzn przed emancypującymi się kobietami poprzez ukazywanie tychże w jak najgorszym świetle, a następnie masakrowanie na najbardziej wymyślne sposoby. Czy zawarte w fumetti okrucieństwa względem płci pięknej pełniły funkcję terapeutyczną u męskich czytelników? Ten psychoanalityczny aspekt masowej produkcji Edifumetto i Ediperiodici wart jest zbadania!

Przechodząc od kwestii socjologicznych do technicznych, mam przyjemność przedstawić w notce biograficznej dwóch nowych czarcich kontrybutorów! Doomstep zajął się mozolnym czyszczeniem dymków, podczas gdy Puciek zaprojektował polską wersję "mackowatego" tytułu (który podziwiać możemy wewnątrz tomiku). Obydwu serdecznie dziękuję za pomoc i mam nadzieję, że to zaledwie początek naszej owocnej współpracy. Zachęcam także innych amatorów fumetti do wsparcia w chwalebnym zamyśle przybliżania włoskiej pulpy polskim czytelnikom. Im nas więcej, tym zwieksza się szansa na regularne publikacje, jak też na ich różnorodność!

Tymczasem zapraszam do wypuszczenia się na bezkresną przestrzeń Oceanu Atlantyckiego (niedaleko wybrzeża Miami) na luksusowym jachcie wraz z trójką bohaterów Macek. Sielski z pozoru rejs przyniesie im niejedną przykrą niespodziankę, lecz sam czytelnik może spać spokojnie. Prędzej pożre nas rosnąca lawinowo inflacja niż jakaś fantastyczna kreatura z kieszonkowego horroru!

MACKOWATE LINKI:

MEGA (CBR)

MEDIAFIRE (PDF)

Tytułowa strona komiksu w trzech odsłonach: oryginalnej włoskiej, angielskiej translacji Akujo oraz francuskiej (gdzie Macki zastąpiła Ośmiornica). Gdyby nie kontrybucja Pućka, byłbym zmuszony postąpić jak Elvifrance, zastępując stylizowane liternictwo jakąś inną, zapewne neutralną czcionką. Zatem raz jeszcze wielkie dzięki!